4/29/2017

Rozdział 16 - Druga twarz Manen cz. II



        Jack i Zając cofnęli się do tyłu, w obawie przed tym, czego właśnie byli świadkami. Nie wiedzieli, że prócz Mroka jest ktoś, kto potrafi tworzyć koszmarny piasek. Z przerażeniem obserwowali, jak Manen w całkowitym skupieniu, tka mroczną substancję. Ta połyskiwała i kusiła. Zachęcała, by podejść bliżej i jej dotknąć.
        Tworzenie koszmarnego piasku, w tym przypadku pyłu, było bardzo trudne i Mo doskonale o tym wiedziała. Nie robiła tego prawie wcale z paru powodów. Po pierwsze, jest to niebezpieczne, czarny pył to przeciwieństwo srebrnego. Ten, którym Mo posługuje się na co dzień, jest esencją z jej pozytywnych uczuć. Łatwiej kontroluje się te łagodne, spokojne emocje, niż te drugie, negatywne. Właśnie z takich rodzi się czarny pył. To kwintesencja zła, jakie drzemie w każdym żyjącym organizmie i dlatego tak trudno jest ją kontrolować. Gwiezdna musiała wspiąć się na wyżyny swojej własnej koncentracji i samokontroli, by nie dać ponieść się tej podstępnej sile. Czuła ją w sobie. Była świadoma tego, że jej głęboko skrywana uraza oraz nienawiść do Księcia Koszmarów są na tyle silne, żeby kiedyś w przyszłości przejąć nad nią panowanie. Na szczęście, jej dobra strona również jest potężna.
        Kiedy skończyła, w jej rękach, zamiast pięknie mieniącego się srebrzystego pyłu gwiazd, wirował czarniejszy od pasty do butów na twarzy Zająca, piasek. Na jej czole pojawiło się kilka kropli potu, które spłynęły po skroniach. Jej ramiona unosiły się ciężko do góry, a oddech stał jeszcze cięższy. Zmęczona dziewczyna otworzyła powoli oczy. Zamiast zielononiebieskiej barwy źrenice iskrzyły się groźnie srebrnym odcieniem. Chcąc jak najszybciej dokończyć to, co zamierzała, dmuchnęła mocno w pył, przez co ten poszybował ku Kosiowi. Mroczna energia owiała ciało Koszmara i wchłonęła się w niego. Senna mara, na początku zdezorientowana, przyjęła nową energię, która nie pochodziła od jej pana, lecz od gwiezdnej strażniczki. Energii było tak dużo, iż koń uniósł się w górę i przemienił. Czarna mgła, którą jeszcze kilka sekund temu był mizerny koszmarek, zamieniła się w pięknego, czarnego rumaka, z długą i falującą grzywą. Pełen gracji przeszedł kilka metrów jedną i w drugą stronę, rżąc uszczęśliwiony. Nadal pozostał mroczny, lecz nie wyglądał już jak szkielet biednego zwierzęcia. Cudowne, złote oczy lśniły, kryjąc w sobie wszystkie tajemnice świata. Z majestatycznością godną najprawdziwszych królów, przyhasał do Jacka, pokazując mu się w nowej odsłonie.
        Chłopak oniemiał. Koś nie przypominał już w ogóle dawnego siebie. Teraz był dostojnym, wspaniałym ogierem, którego nie powstydził by się żaden hodowca. Koszmar przybliżył się do Frosta, obszedł go na około i przytulił do niego. Zaraz jednak przygalopował do Mo, która z wyczerpania osunęła się na zieloną trawę, ciągle dysząc.
        Dziewczyna uśmiechnęła się blado do stworzenia, siedząc na miękkim, trawiastym dywanie. Koń położył się obok niej, dając się pogłaskać. Tak też Manen uczyniła. Ręką przejechała po aksamitnej grzywie, która powiewała lekko mimo, iż nie było wiatru.
        – Teraz lepiej, co? – rzekła do niego, a Koszmar kiwnął leciutko głową. – To się cieszę, ale teraz, jeśli możesz, pokaż mi, co się stało u Mroka, bo coś na pewno, skoro jesteś tak daleko od niego. Kto cię tu przyprowadził tak w ogóle? – Marszcząc brwi, spojrzała w kierunku strażników. Nadal nie potrafili wydusić z siebie słowa. Nie doczekawszy się od nich odpowiedzi, z powrotem spojrzała na Koszmara. Ten okazał się być bardziej rozmownym. Dzięki temu, że teraz miał w sobie cząstkę gwiezdnej mocy Manen, mogła się z nim porozumieć telepatycznie, jak z gwiazdami. Wstrzymała oddech, kiedy Koś za pomocą telepatii przekazał jej tą samą wiadomość, co kilka godzin wcześniej Jackowi. Z jednej strony ucieszyła się, ponieważ Mrok cierpiał. Tak dokładnie. Radowała się z czyjegoś cierpienia, ale z drugiej wiedziała, że to niewłaściwe. Ponad to, Pitch jest w niebezpieczeństwie. Siostry Ciemności obrały sobie za cel najpierw jego. Pytanie tylko, dlaczego? Po co zabrały się za wyeliminowanie Księcia Koszmarów, skoro on już i tak był poza wyścigiem o władzę? Sama o to zadbała kilka miesięcy temu... To wszystko jest jakieś dziwne. Idzie w dziwnym kierunku. O co im chodzi? Mo zastanowiła się nad tym. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Westchnęła skonsternowana, przygryzając jednocześnie dolną wargę. Kiedy to się stało? Spytała w myślach. Niecałe dwa dni temu., odpowiedział jej Koszmar. Byłeś przy tym? Kolejne pytanie padło w głowie blondynki, na które uzyskała szybką odpowiedź. Tak, ale nie widziałem nic oprócz cieni. To wyglądało tak, jakby to one go zaatakowały. Pan sprawiał wrażenie, jakby tego kogoś znał. Słowa Koszmara dały Mo wiele do myślenia. Dziewczyna uśmiechnęła się do stwora, pogłaskała w nagrodę za uchem. Nie czekając, aż jej siły się zregenerują, dźwignęła się do góry, by stanąć na nogi. Przyszło jej to z trudem, ale musiała wziąć się w garść. Czekało ją wiele pracy oraz nieplanowana wizyta u Księcia Koszmarów.
        – I bądź tu szczęśliwym, kiedy wokół same nieszczęścia... – Westchnęła pod nosem. – No dobrze, zrobimy tak. – Zwróciła się w stronę strażników, którzy nie wiedzieli, czy mają patrzeć na Mo czy na nowego Kosia. – Za godzinę widzimy się wszyscy na biegunie. Nie przewiduję żadnych wyjątków, co do braku obecności. Czy to jasne? – zwróciła się do nich, a ci pokiwali posłusznie głowami. – Doskonale.
        Jack opamiętał się jako tako i podszedł do Mo. Tym razem zebrał się na odwagę i spojrzał jej w oczy, bo przecież co takiego mogła mu zrobić? Obrazić? Stłuc?
        – Nie lepiej teraz wyruszyć do kryjówki Mroka? – spytał, jednocześnie pogładził Kosia po jego grzywie.
        – Nie. – Mo spojrzała na niego nieco przygaszonym wzrokiem. – Najpierw musimy ustalić pewne kwestie. Jak dotąd, obrona Amora była priorytetem, jednakże nie wiedzieć czemu, Siostry postanowiły zaatakować Pitcha. Szczerze ci powiem Matołku, że to się nie trzyma kupy. Byłam święcie przekonana, że najpierw ruszą na Qupida.
        – No, jak tam chcesz. – Jack wzruszył ramionami, starając się patrzeć na dziewczynę przed sobą tak, jak to robił do tej pory, ale nie potrafił. Wizje z dziennika zmieniły jego pogląd na niektóre kwestie. – North pewnie jest już u siebie, więc z nim nie będzie problemu. Gorzej z Piaskiem i Zębuszką, mogą być już w terenie.
        – Zębuszka jest u siebie, a wujek... – Mo zmarszczyła brwi. Patrzyła w jeden punkt przed sobą, miała skupioną minę, jakby nad czymś intensywnie myślała. – Wujek jest gdzieś nad Nigerią.
        – Skąd wiesz? – Białowłosy popatrzył na Mo zdumiony, bo przecież jak mogła wiedzieć takie rzeczy?
        – Gwiazdy, Jack, słyszą, widzą i wiedzą wszystko. Wystarczy zadać im odpowiednie pytanie, a otrzymasz upragnioną odpowiedź. – Uśmiech jakim obdarzyła strażnika zabawy sprawił, że temu aż zmiękły kolana. – Cóż... – Gwiezdna westchnęła, a w jej ręku pojawiły się jej nieodłączne okulary przeciwsłoneczne, które powoli założyła na nos. – Ja ściągnę resztę. Widzimy się na biegunie, Jack. – Przez szkła spojrzała na chłopaka. Wyglądała jak jedna z tych słynnych modelek, czy gwiazd filmowych, o których Jackowi opowiadał Jamie.

        Tymczasem Amor, w doskonałym nastroju, właśnie wpatrywał się w panoramę Paryża. W Australii, gdzie aktualnie przebywała Stellarum było osiem godzin do przodu, więc tu Qupido mógł cieszyć się późną, mroźną porą nocną. Od kiedy pocałował gwiezdną strażniczkę, nie czuł prawie złej energii. W zamian za to rozpierała go jego własna. Zakochał się w Mo już dobrych kilka dekad temu, aczkolwiek nie afiszował się z własnymi uczuciami co do niej. Wiedział, że Gwiezdny, by być z ziemianinem wiele ryzykuje, ale przecież miłość to największa i najsilniejsza z sił. Potęga, z jaką nie można wygrać, więc czemu im miałoby się nie udać? On kochał Mo całym sobą, do utraty tchu i wiedział, iż Gwiezdna również go kocha. Równie mocno, co on ją. Są sobie przeznaczeni, co do tego nie miał żadnych wątpliwości.
        – Nikt nas już nie rozdzieli, nie pozwolę na to. Za bardzo cię kocham... – Strażnik miłości oparł się o barierkę. Ze szczytu wierzy Eiffela, patrząc na wszystko z góry, czuł się niczym król.
        – Och, czy aby na pewno? – Męski, zarazem obcy głos sprawił, że Amor odwrócił się błyskawicznie. Jego oczy spotkały się z parą stalowoszarych, nic nie wyrażających oczu, utkwionym w jego osobie. – Długo czekałem, aż strażniczka gwiazd wreszcie się od ciebie oddali.
        – Kim jesteś i jak tu wszedłeś niezauważony?! – Amor nie czekał ani sekundy. W jego dłoniach pojawiły się dwa miecze, gotowe w każdej chwili do użycia.
        – To, kim jestem i jak tu się znalazłem nie jest istotne. – Młody mężczyzna, na oko około dwudziestu pięciu lat, uniósł przed siebie prawą rękę. Na jej powierzchni pojawiła się czarna mgła, z której zaczął wyłaniać się tego samego koloru miecz. Jego szara skóra niemal zlewała się w jedno z czarnym odzieniem i włosami. Chłopak ruszył do ataku na Amora, z szybkością dorównującej błyskawicy. Strażnik miłości parował wszystkie ataki, lecz z każdym kolejnym ciosem miał wrażenie, że widzi coraz gorzej, jakby wokół panujący mrok gęstniał z sekundy na sekundę. Po chwili Amor nie był w stanie dostrzec czubka własnego nosa. Wszystko działo się za szybko. Brunet nie wiedział, co się dzieje. W jednej chwili kontemplował sobie spokojnie, a w drugiej walczył o życie z jakimś dziwadłem. Jego przeciwnik musiał posłużyć się magią.
        – Poddaj się Qupido Amorze. Twój opór jest bez celowy. – Wyprany ze wszelkich emocji głos przytłoczył Amora jeszcze bardziej. Wydawało mu się, że dźwięki dochodzą z każdej strony, nie mógł zlokalizować gdzie dokładnie znajduje się jego przeciwnik. Stał się bezbronnym mimo dzielnie trzymanej broni. Nagle Amor wpadł na pewien pomysł. Uniósł zaciśnięta pięść na wysokość głowy, a przynajmniej tak mu się zdawało, po czym ją podpalił. Czerwono pomarańczowe języki ognia pokryły skórę jego dłoni, nie robiąc mu najmniejszej krzywdy, jednakże nawet to nie dało broniącemu się Qupido pożądanych efektów. Mrok jakby nie przepuszczał światła. Zupełnie, jak gdyby był namacalny. Amor czuł zimno pochodzące od ciemności. Oblepiała jego ciało, przylegała do nagiej skóry. Była po prostu lodowata. Po plecach bruneta przebiegł dreszcz. Choć starał się zachować spokój, to w jego sercu zaczęła rosnąć panika. Co robić, co robić?, myślał gorączkowo, jednak jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy.
        – Z cieniem nie wygrasz, nie masz szans. – Słowa przeciwnika sprawiły, że Amor zaklął pod nosem.
        – Kim jesteś?! Pokaż się, tchórzu! – Rozglądając się dookoła, wśród nieprzeniknionej ciemności, Amor nie był w stanie dostrzec nic. Absolutnie nic.
– Jestem cieniem. – Tylko tyle powiedział mu nieznajomy, przed tym, jak ogłuszył Amora uderzeniem w tył głowy, pozbawiając go przytomności.

        Na biegunie, jak zarządziła Manen, znaleźli się już wszyscy. Piasek, jak to on uciął sobie drzemkę w kącie owalnej sali. Zając i Mikołaj sprzeczali się o to, które ze świąt jest ważniejsze. Od wieków trwająca wojna między nimi na ten temat, ani na chwilę nie ustawała. Manen stała z boku i śmiała się, przyglądając przekomarzającej się parze. Obok niej fruwała sobie beztrosko Zębuszka, wydająca polecenia swoim małym podwładnym.
        – No proszę, proszę... W końcu mała Sidney pozbywała się tego trzonowca. O! O! A spójrzcie na to! Josh, ten z Teksasu nie z Tennessee, wreszcie wbił sobie górną dwójkę kijem hokejowym... – Ząbek trajkotała na okrągło o zębach. Mo to nie przeszkadzało. Strażnik czasu stał przy niej i tak jak ona wpatrywał się w wesołą gromadkę, tyle że z dezaprobatą. Jack polazł gdzieś, tłumacząc się, że ma coś pilnego do zrobienia, i że wróci za pięć minut, co w jego przypadku oznaczało przynajmniej godzinę nieobecności.
        – Co się ostatnio z nimi dzieje? Powariowali czy jak? I co ten Zając ma na twarzy?! – Czas, jak przystało na starego pierdziela, narzekał na wszystkich i na wszystko. Mo spojrzała na niego zza swoich ciemnych okularów. Opierała się niedbale o filar, mając skrzyżowane ramiona na piersiach.
        – Och, daj już spokój z tym zrzędzeniem. – Mo przewróciła oczami. Nie chciała słuchać narzekań swojego opiekuna. Była w wyśmienitym nastroju, co doskonale odzwierciedlała jej aura, a to wydało się podejrzane Staremu Prykowi.
        – A ty coś, taka radosna, co? Wręcz rozanielona, hmm? – Tym razem to Czas złożył ramiona na piersi i popatrzył podejrzliwie na dziewczynę.
        – A tak po prostu. – Mo machnęła lekceważąco ręką, jednak Czas nie dał się zbyć tak łatwo.
        – Pokaż mi swoje oczy, dziecko – nakazał Gwiezdnej, przez co ta parsknęła śmiechem. – Pokazuj, ale już!
        – Weź się... – Mo oddaliła się od strażnika czasu. Była w półkroku, kiedy jej serce przeszyło przeraźliwe ukłucie zimna. Gwiezdna aż zgięła się w pół, tracąc na chwilę oddech. Jej prawa dłoń powędrowała do serca, które właśnie zamarło. To było straszne. Po prostu straszne. Mo poczuła, jakby coś w niej pękło. Umarło. Coś się stało. Coś bardzo złego. Wiedziała o tym, wręcz była przekonana.
        – Co się stało, Manen? – Do trzęsącej się Gwiezdnej podszedł zaalarmowany Czas. Reszta, jak na zawołanie, zaprzestała własnych czynności. Nawet Piasek się zbudził. Po kilku minutach do sali głównej wszedł Jack. Widząc dziwne zachowanie przyjaciół, przystanął w miejscu.
        – A tu co się dzieje? – spytał duch zimy.
        Nie uzyskał odpowiedzi. Tymczasem Czas skorzystał z szansy i szybko zdjął z nosa Mo okulary. Od razu rzuciła mu się ich ożywiona barwa. Taką samą miała, gdy Mim jeszcze żył. Światło w oczach Gwiezdnego gaśnie, gdy jego serce zostanie złamane. Serce Mo zostało właśnie złamane, gdy patrzyła jak Lunar oddał za nią życie. Jej siła i wewnętrzne światło zgasły na zawsze. Jedynie nowa miłość, więź na tyle silna, by dorównać tej poprzedniej, utraconej, może przywrócić Gwiezdnemu wewnętrzny blask. Czas patrzył w oczy blondynki, nie dowierzając. W życiu nie przypuszczał, że znajdzie się ktoś, kto stanie się równie ważny dla Mo, co jej brat.
        – Coś ty zrobiła? – Pytanie, które zabrzmiało jak oskarżenie usłyszeli wszyscy obecni. Mo uciekła spojrzeniem w bok, tym razem natrafiła na pytający wzrok Frosta.
        – Zabrali Amora. – Te dwa słowa wyszły z jej ust. A zaraz po nich, po policzku Mo spłynęła samotna łza.

        Irytujący, powtarzający się dźwięk zbudził strażnika miłości. Głowa bolała go tak bardzo, że samo ruszanie powiekami sprawiało mu jeszcze więcej cierpienia. Jedyne, co był w stanie z siebie wydusić, to syk, kiedy próbował się poruszyć. Coś był bardzo mocno nie tak. Po pierwsze, mimo iż udało mu się w końcu otworzyć oczy, to wokół ciągle nic nie widział. Gęsty mrok królował tam, gdzie się obecnie znajdował. Jednakże, ze stuprocentową pewnością mógł stwierdzić, iż nie jest to szczyt wieży Eiffela w jego ukochanym Paryżu. Zimno, jakie wprawiało jego ciało w ciągłe drżenie fundowało mu odczucia, jakby zamarzał od środka. Minęła dobra chwila, nim do Amora doszło, co się stało. Paryż. Noc. Nieznajomy. Walka. Mrok... i koniec. Projekcja w jego obolałej głowie dobiegła końca. Gdy jego oczy jako tako przyzwyczaiły się już do ciemności, doszedł do wniosku, że musi znajdować się w jakiejś jaskimi. To właśnie dźwięk kapania wody wybudził go. Poza tym temperatura tam panująca oraz wilgoć nie spodobały się Amorowi. Było mu tak zimno, że jego zęby uderzały o siebie, wydając charakterystyczne dzwonienie. Czuł, że jego ubrania są całe przemoczone, zaś tępy ból nie opuszczał jego unieruchomionego ciała. Na koniec zdał sobie sprawę, że jest związany. Jego zziębnięte i trzęsące się ręce miał mocno ściśnięte czymś ostrym, co boleśnie wpijało mu się w skórę. Za plecami wyczuł coś twardego, podobnego do skały.
        Tak, właśnie zdał sobie sprawę, że został pojmany i uwięziony. W miejscu, gdzie inni, zwłaszcza Mo tak szybko go nie znajdą.
        – Widzę, że w końcu się ocknąłeś...
        Ten głos... Amor uniósł nieznacznie spojrzenie. Przed nim, chyba, gdyż Amor ciągle miał problem z widzeniem, na skale siedział ten sam młody mężczyzna, co go zaatakował. W Qupido aż się zagotowało. Jego magia, mimo wyczerpania sprawiła, że na około chłopaka pojawił się ogień, jednak jak szybko się pojawił, tak też zniknął. I to za sprawą więzów na jego dłoniach. Te zacisnęły się jeszcze mocniej, fundując Amorowi kolejną dawkę bólu.
        – Ty ciągle masz siłę walczyć? – Nieznajomy pokręcił głową nie dowierzając, jednak opanował się szybko i na powrót przywołał na swą szarą twarz maskę obojętności. – Z resztą, i tak ci to nic nie da. Za każdym razem, jak będziesz próbował jakiś sztuczek, specjalne więzy będą zadawać ci ból i osłabiać cię.
        Cichy śmiech Amora sprawił, że czarnowłosy chłopak zmarszczył brwi. Qupido uniósł dumnie czoło i rzucił szatynowi kpiące spojrzenie.
        – Może i nic mi nie da, ale nie mam najmniejszego zamiaru siedzieć tu i czekać na nie wiadomo co. Ślubowałem walkę do samego końca. – Słowa Amora były szczere i płynące prosto z jego serca, jednak tym razem to nieznajomy zaśmiał się pod nosem. Z tą różnicą, iż jego śmiech nie miał w sobie ani grama radości.
        – Ja też kiedyś ślubowałem i zobacz jak skończyłem. – Słowa obcego mężczyzny dały Amorowi do myślenia. Jego pytające spojrzenie zostało wychwycone, natomiast szatyn ani myślał powiedzieć coś więcej. Zniknął w czarnej mgle, która sama się po kilku sekundach rozmyła. Zostawił Amora samego z pytaniami i rosnącymi obawami. Strażnik miłości doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Najgorsze było jednak to, że to wszystko ma na celu do doprowadzenia śmierci jego ukochanej gwiazdki.
        – Manen... – szepnął do samego siebie. Z jego oczu, po spoconej twarzy, spłynęło kilka słonych łez. – Nie daj się im.

        Dwa serca, które właśnie odnalazły do siebie klucze, które otworzyły się na siebie, stoją u progu największej próby. Czy przejdą ją? Czy wspólnie dadzą radę odszukać się w ciemności, która zrobi wszystko co w jej mocy, by im to uniemożliwić? Droga będzie trudna, kręta i wyboista. Za każdym zakrętem czeka pułapka.

        Droga do szczęścia nigdy nie jest łatwa. Światło, aby lśnić potrzebuje mroku, zaś mrok by istnieć, potrzebuje światła. Ta zasada nigdy się nie zmieni. Zasady gry pozostają niezmienne od samego początku wszechświata. Tak było, jest i będzie. Przeznaczenie posługuje się światłem i mrokiem w taki sposób, by każdy kroczył swoją ścieżką, jak to zostało zadecydowane dawno temu. Od Przeznaczenia nie da się uciec. Nie można, jednakże... Można je zmienić. Siła serca i ducha, razem połączone w jedno, mogą dokonać nawet niemożliwego.
  

__________________________________________________________



        Rozdział sprawdzony, poprawiony i dopieszczony, na tyle, bym ja była z niego zadowolona. Jest to jeden z krótszych rozdziałów. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza :D. Za zbetowanie należą się brawa Sovbedlly. Polecam ją innym autorom, szukającym bety dla siebie.
        Do zobaczenia, Żaby! Miłej majówki!!!
Wasza Moonlight :*.

4/12/2017

Rozdział 15 - Druga twarz Manen cz. I



        Powiadają, że medal ma zawsze dwie strony, tak samo księżyc, ale również i człowiek. Mówi się, by pokazać swoją drugą twarz. Jeśli ma się ich więcej niż jedną, to która jest tą prawdziwą? A może żadna? Kto ma to wiedzieć, jak nie my sami? Przecież to my decydujemy, jaką przybierzemy maskę, którą z twarzy przywdziejemy w deszczowy, czy w bezchmurny dzień. Jest tak wiele opcji. Tak wiele alternatyw. Ale idealna jest tylko ta jedna, ta w której jesteśmy sobą. Prawdziwym sobą.
        Bez udawania.
        Czasami udajemy kogoś, bo tak czujemy się pewniej. Jest nam łatwiej się dopasować do otoczenia. To nasz mechanizm obronny. Lepiej być takim jak wszyscy, to prostsze, sprawdzone. Otóż nie. Absolutnie nie! Nie można upodabniać się do innych. Gdzie podział się indywidualizm? Kreatywność? Istnieją one właśnie po to, by odróżnić się na tle szarości i monotonni. Ci, którzy mają w sobie odwagę, by pokazać swoją prawdziwą twarz, w pewnych momentach życia są za to nagradzani. Nie mają strachu, nie znają go. Wiedzą, że dwie strony medalu są normalne, ale zawsze wybierają tą prawdziwą, tą słuszną, nie tą, którą chcą inni stronę. Jeśli sami ze sobą jesteśmy szczerzy, inni to zauważą.
        Smutek potrafi zmienić wszystko, nas ludzi także. Stajemy się inni, i choć dochodzimy do siebie, czasami niewyobrażalnie długo, nigdy już nie będziemy przypominać siebie ze szczęśliwych lat. Życie nas zmienia. Wydarzenia nas zmieniają. I inni ludzie. Wszystko ma na nas wpływ. Tak jak na księżyc w kosmosie. Jego ciemna strona jest dla nas tajemnicą, choć z nim jest nieco inaczej. Wiemy, że ma on ciemną stronę, ale nie możemy jej zobaczyć. Jest dla nas niedostępna. Tak samo bywa z ludźmi. Poznajemy kogoś, kto jest wiecznie przygaszony, nie ma chęci do życia, a kiedy widzimy go uradowanego, uśmiechniętego od ucha do ucha, nie możemy go poznać. Czyż to nie jest zadziwiające, i piękne zarazem?

        Zając Wielkanocny, jak co każdy poranek, udał się na obchód po swojej Norze. Dzisiaj wstał wyjątkowo wcześnie, ponieważ w nocy nie mógł zmrużyć oka. Ciągle mu się wydawało, że ktoś jest u niego w domu. Miał nieodparte wrażenie, iż jest obserwowany, dlatego, jak tylko pierwsze promienie słońca przedarły się przez dziury w suficie jego schronienia, wygrzebał się z cieplutkiej pościeli i ruszył na zielone łąki. Przywitał się ze skalnymi strażnikami, czyli z wielkimi kamiennymi jajkami na nogach. Te powitały go, ukazując uśmiechniętą stronę, a by spróbowały tylko inną... Malutkie pisanki, te które zostały po ostatnich świętach, biegały sobie beztrosko wszędzie tam, gdzie im się żywnie podobało. Aster musiał uważnie patrzeć, gdzie stawia swoje zajęcze stopy, by przez przypadek nie nadepnąć na jedną z niesfornych pisanek. Nie wybaczył by sobie, gdyby coś podobnego miało miejsce. Swoje pisanki uważał za sztukę najwyższej klasy.
        Właśnie miał wracać do swojego domku przy wodospadzie farb, kiedy kilka metrów przed nim otworzył się portal, a z niego wyskoczył Jack Frost we własnej osobie z Koszmarem na ogonie.
        – Jack, uważaj! – krzyknął jedynie ostrzegawczo i rzucił jednym ze swoich bumerangów prosto w senną marę. Koś nie wiedział, co zrobić. Portal się zamknął, nie miał już żadnej drogi ucieczki. To jego koniec! Jednak Jack zareagował błyskawicznie. Za pomocą swojego kija, stworzył silny podmuch mroźnego wiatru i dosłownie zdmuchnął lecący w nowego przyjaciela przedmiot. Koszmar odetchnął z ulgą, zaś Zając, kompletnie zdezorientowany przykicał do Frosta.
        – Co ty robisz? Dlaczego obroniłeś... – Strażnik nadziei popatrzył z niechęcią na towarzysza chłopaka – to coś?
        – Nie mam czasu tłumaczyć tego znowu od początku... Co ty masz na twarzy? – Jack dopiero po kilku sekundach zauważył, że Aster ma całe wąsy i brwi wysmarowane czarną pastą do butów, a na samym czole wielkie serduszko przebite strzałą. Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
        – Że co? – Zając w podskokach znalazł się przy jeziorze z krystalicznie czystą wodą. Jak zobaczył, z czego Frost rży jak opętany, turlając się przy tym po trawie razem z Koszmarem Mroka, jego szczęka opadła do samej gleby. – Co to, na Księżyc, jest?!

Kilka godzin wcześniej...

        Amor wraz z całym zespołem w klubie The MoStars bawili się w najlepsze. Pili, wygłupiali się, śmiali, urządzali różne zakłady, aż ktoś w końcu wyskoczył z pewną propozycją. Oczywiście była to Summer, jakżeby inaczej. Dyskoteka, choć była wigilia Bożego Narodzenia, tętniła życiem. Dźwięki muzyki wydobywające się z potężnych głośników, niosły się po całym budynku i rozbrzmiewały jeszcze na ulicy. Mo musiała wyjść na chwilę, aby coś załatwić. Zbliżała się pora uroczystej kolacji, ludzie, zwłaszcza dzieci, czekali na słynną pierwszą gwiazdę. Gwiezdna, za pomocą swoich mocy, przeniosła się na orbitę. Odetchnęła z ulgą, kiedy znajomy brak grawitacji zaczął oddziaływać na jej ciało. Tutaj, w przestrzeni kosmiczne, gdzie co chwilę przelatywał jakich meteoryt, asteroid, pyły innych planet lub szczątki pozostałe po promach kosmicznych, czy po zniszczonych planetach, gdzie w oddali ścierały się ze sobą dwie gwiazdy, wybuchały supernowy, czuła się najlepiej. To tu jest jej dom. Wśród miliardów gwiazd. Przecież jest jedną z nich, należy do nich od zawsze, od chwili narodzin. Dziewczyna popatrzyła na Ziemię, jak to miała w swoim zwyczaju. Ta malutka cząstka wszechświata zaczęła coraz więcej dla niej znaczyć. Dopiero teraz pojęła, jak wielką miłością musiał darzyć ją Lunar, jej ukochany brat. Oczywiście to ona, Stellarum, była na pierwszym miejscu, lecz zaraz po niej byli ludzie. Ich marzenia i sny. Manen uśmiechnęła się ciepło, jej oczy zabłysły ciepłym blaskiem, takim samym kiedy była jeszcze dzieckiem. Wtedy nie znała bólu, rozpaczy czy straty. Zawsze miała obok siebie kogoś, kto jej pomagał, ją wspierał. Teraz nadszedł czas, aby i ona stała się oparciem dla innych. Jest Gwiezdną, legendarnym strażnikiem gwiazd, Dominą Stellarum, Starlight. Przyszłą Tsariną. Nadszedł jej czas.
        – Pora na zmiany – szepnęła pod nosem. To, co się wydarzyło między nią, a Amorem, coś w niej odblokowało. Znowu czuła w sobie to, co kiedyś będąc dzieckiem. Radość. Prawdziwą, szczerą i niepohamowaną radość oraz szczęście. To wszystko dał jej właśnie strażnik miłości. Na samo jego wspomnienie, Mo oblewała się delikatnym rumieńcem. Nie rozumiała samej siebie, to było takie nowe, dziwne uczucie. Czuła, że jak gdyby tylko chciała, mogłaby unieść wszystkie góry Ziemi, lub podnieść słońce! Że może dokonać niemożliwego. Ale, w jej sercu zmieniło się coś jeszcze. Nadzieja w niej zaczęła rosnąć z każdą sekundą. Nadzieja na to, że gdy nadejdzie czas, będzie w stanie przywrócić Mima z powrotem.
        Po raz pierwszy od wielu, wielu wieków, Mo czuła się naprawdę szczęśliwa.
Blondynka westchnęła, nadal się uśmiechając szeroko od ucha do ucha, wyciągnęła przed siebie rękę, na której zatańczyły drobiny srebrnego, gwiezdnego pyłu. Wyciągnęła i drugą, na której z kolei uformowała się kula najczystszego światła. Mo złączyła powoli obie dłonie, a kiedy to zrobiła, ich wnętrze rozświetliła silna poświata. Gwiezdna zamknęła oczy, jej ciało pojaśniało. Włosy zostały rozwiane przez pojedynczą falę mocy, która pochodziła z gwiezdnej strażniczki.
        – Na nieskończone Światło i na bezkresny Mrok, Ja, dziecię Gwiazd, daję Ci życie. Niechaj potęga kreacji przemówi przeze mnie i tchnie w Ciebie Święte Światło Istnienia... – Jej szept, cichy i spokojny, rozniósł się echem po całej galaktyce obwieszczając właśnie, iż powstała nowa gwiazda. Mo rozłożyła dłonie. Wydobywające się z nich światło mogłoby z łatwością kogoś oślepić. We wnętrzu jednak nie było pustki, jak to było przed chwilą. Na prawej, rozłożonej dłoni Mo unosiła się maleńka gwiazdka. Wyglądem przypominała ledwo tlący się płomyk, lecz jej światło było milion razy silniejsze. Gwiezdna uśmiechnęła się szeroko do nowej siostry.
        – Witaj, Pierwsza Gwiazdo. Dołącz do swoich braci i sióstr na niebie, i daj ludziom wyczekiwany znak – rzeka do niej. Po chwili Mo uniosła nową gwiazdkę w górę, a ta spełniła wolę swojej pani. Tak właśnie rozbłysła pierwsza gwiazda, dając istotom ludzkim znak, iż ucztowanie czas zacząć.
        
        Kilka chwil później, Mo już wznosiła kolejny toast wraz z Pierrem, Summer, Amorem i innymi członami ich, nie takiej znowu małej, muzycznej rodziny. Cały zespół świętował wigilię w klubie i planował nadchodzącą imprezę sylwestrową w Rio. Nie obeszło się bez śpiewania kolęd w różnych językach. Cała ekipa składająca się na The MoStars to ludzie ze wszystkich stron świata, i każdy z nich wie, kim są ich szefowie.
        Sam i Pierre właśnie ćwiczyli na swoich perkusjach, a Amor z jakąś mulatką o blond włosach siedzieli przy konsoletach i rozmawiali o czymś zawzięcie. Pięciu gitarzystów, w tym dwóch basistów, grało w rozbieranego pokera, zaś towarzyszące im trzy dziewczyny dopingowały swoich faworytów, śpiewając. W rogu, jakby schowani, ćwiczył chłopak na klawiszach, natomiast stojący obok niego jego brat bliźniak grał na skrzypcach. Wszyscy muzycy w tym klubie byli wszechstronnie uzdolnieni muzycznie. Sama Manen o to zadbała. Kiedy postanowili wraz z Qupido zacząć działać, w tajemnicy przed innymi strażnikami, rozpoczęli działalność jako DJ-e. Z czasem stali się znani nie tylko w Paryżu, ale w całej Francji, Europie i na świecie. Jako utalentowana tekściarka wraz z Amorem, jako najlepszym DJ'em na północnej półkuli, zdobyli światową sławę.
        – Ej, słuchajcie! – Sam zerwała się z miejsca i przygalopowała do Mo z dwoma kieliszkami. Z bananem na twarzy uwiesiła się na ramieniu Gwiezdnej, omal nie oblewając jej alkoholem. – Co powiecie na kolejną rundę Prawdy lub Wyzwania?
        – Przecież już w to graliśmy – odezwała się blondynka stojąca przy Amorze. Jej neonowe, niebieskie słuchawki zjechały z uszu na szyję.
        – Ja jestem za! – wykrzyczał chłopak przy fortepianie.
        – I ja! – Cała ósemka przy stole, gdzie właśnie jeden z chłopaków opłakiwał stan swojego pustego portfela, zawołała ochoczo.
        – Kochani, mam lepszy pomysł. – Do konwersacji dołączyła się Mo. Uśmiechnęła się przebiegle, na co kilkoro z zebranych poczuło ciarki na plecach. – Zróbmy komuś kawał.
        – Niby komu? – Za swoimi plecami Mo usłyszała Amora, który oparł się o jej drugie ramię. Razem z Summer wisieli na niej jak pranie na sznurku. Manen wstała czując jak jej ramiona zaczęły składać bolący protest, wyrwała Patronce Lata jednego shota i wypiła go szybko, nie krzywiąc się przy tym ani razu.
        – Matołkowi – rzekła zadowolona, a jej uśmiech, ze złośliwego przerodził się w iście szatański.
        – Komu? – Niewtajemniczeni popatrzyli po sobie, nie wiedząc o kogo może chodzić. Nawet Sam w pierwszej chwili nie załapała, o kogo się Mo rozchodzi. Gwiezdna strażniczka przewróciła oczami, po czym westchnęła, wzięła do ręki gitarę akustyczną i zagrała dwa akordy.
        – Jackowi Frostowi – wyjawiła wreszcie, na co większość aż tworzyła oczy ze zdziwienia. Blond mulatka już chciała zadać kolejne pytanie, lecz Mo, wiedząc o co dokładnie chce zapytać Carmen, wyprzedziła ją z odpowiedzią. – Tak, on też istnieje.
        – Ok, zróbmy to. – Pianista, czyli wysoki chłopak o czeskim pochodzeniu, podszedł do Mo i tak samo jak ona, uśmiechnął się cwanie. Jego brat bliźniak za to nie podzielał ich zapału.
        – Ja umywam od tego ręce. – Skrzypek skrzyżował ramiona na piersi. Przysiadł obok Carmen, która coś tam sprawdzała w swoim telefonie.
        – Ty od wszystkiego umywasz ręce... zresztą i tak byś się nie przydał.
        – Jeszcze to odszczekasz!
        – Najpierw będziesz musiał mnie do tego zmusić – zaszydził Peter. Jego Brat bliźniak, Domen, aż zagotował się ze złości.
        – Chłopaki, starczy! – zawołała ciemnoskóra dziewczyna z burzą czarnych loków na głowie. – Mamy teraz coś ważniejszego do zrobienia, niż słuchanie waszej kłótni. – Tella zgromiła wzrokiem niesfornych braci, którzy już gotowali się do tego, by skoczyć sobie do gardeł. Basistka, dzięki swojej groźnej minie, potrafiła ustawić do pionu całe towarzystwo, kiedy Mo czy Sam akurat nie było w pobliżu. – Kontynuuj. – Posłała promienny uśmiech Mo, za co ta jej się odwdzięczyła tym samym.
        – Otóż, jak każdy z was pamięta, naszą tradycją jest wykręcenie komuś z naszych bliskich, przyjaciół czy tam komu jeszcze żartu, który ma zapamiętać do końca swego życia. W tym roku wypadło na Matołka.
        – A dlaczego akurat on? – Tym razem odezwał się dwudziestosześcioletni chłopak ze Szwecji grający na gitarze elektrycznej.
        – Bo kiedyś mi zalazł za skórę i dzisiaj mam idealną okazję, by się odegrać. – Mo zatarła ręce cała podekscytowana. Oczami wyobraźni już widziała swoje dzieło końcowe.
        – Uuu... wyczuwam zapach zemsty... Wchodzę w to! – Kalle, tak miał właśnie na imię szwedzki przystojniak, podobnie jak Peter stanęli po stronie Manen. Reszta, z wyjątkiem Domena i jeszcze jednej dziewczyny o imieniu Nikandra, w skrócie Nika, podzielała optymizm przywódczyni ich bandy.
        – No to do dzieła! Zaplanujmy coś. – I tak, całą trzynastą, prócz Niki i Domena, zasiedli do stołu do pokera. Po półgodzinnym planowaniu, naradzaniu i kłótni, udało im się ułożyć plan „zemsty” na duchu zimy. W skład drużyny wykonawczej wchodzili: Mo, Amor, Summer, Carmen oraz Kalle. Natomiast do koordynatorów: Domen – jego ciekawość jednak zwyciężyła, Peter, Tella no i reszta zespołu. Nika udała się w tym czasie do toalety, więc i tak pominięto ją przy rozdawaniu zadań. Cóż, jej strata...
        Cały plan był prosty. Polegał na tym, by zakraść się do sypialni Frosta i zapieczętować ją od środka tak, że jak już ktoś do niej wejdzie, to nie będzie mógł wyjść. Dodatkowo okna również miały zostać magicznie zamknięte. Ponadto, Mo miała postarać się o to, by do pokoju Jacka zawitały stworzone przez nią zjawy. Ponoć Frost nie boi się duchów, ale kto go tam wie? Postanowili, że wkręcą go w historię Wigilijnej Opowieści, rodem z bajki. Ostatnie zadanie należało do Kalle i Carmen. Jako, iż oboje byli obcykani we wszystkie internetowo-techniczne sprawy, mieli zamontować kilka kamerek do podglądu. Całość miała zostać nagrana i pokazana reszcie świata. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, iż zachowują się dziecinnie, może nawet nieodpowiedzialnie, ale kto by pogardził taką zabawą? Na pewno nie grupa The MoStars!
Śmiejąc się i przepychając, ci którzy mieli zostać w klubie i nadzorować całą akcję przez laptopa Carmen, dyskutowali o tym, jak to ten słynny Frost wygląda. Dziewczyny były ciekawe, czy opowiadania o nim z dziecięcych lat są prawdziwe, i czy na serio jest taki stary. Wcześniej próbowały go wygooglować, lecz zdegustowane spojrzenia Telli oraz reszty chłopaków, skutecznie im to udaremniły.
        – Laski, osłabiacie mnie gorzej niż wiecznie kłócący się Peter z Domenem, a to już jest coś!
        – Przepraszamy – odpowiedziały skruszone, nie patrząc na czarnoskórą koleżankę z zespołu.
        – Teluś, przyznaj się. Sama jesteś ciekawa, jak ten cały Frost wygląda – drugi basista, niejaki Temaru, popatrzył znacząco na dwudziestoparo-latkę. Tella oblała się rumieńcem, jednak Japończyk tego nie dostrzegł. W takich chwilach ja ta, dziękowała Bogu za to, że jest czarnoskóra.
        – Przestań pieprzyć... – Basistka skrzyżowała ramiona na piersi, obróciwszy się bokiem do przyjaciela.
        – Oj, nie bądź taka. Przecież ciekawość to nic złego, zresztą sam jestem ciekaw tego całego Jacka.
        – Pewnie to jakiś stary dziadyga, co chodzi o lasce i zamraża ludziom rury. – Kolejny gitarzysta o imieniu Joseph usiadł obok Domena i czekał, aż seans się rozpocznie.
        – Nie wiem, Jo. Młodsza siostra mi powiedziała, że to młody chłopak. Och, co ja się będę nad tym rozwijał. Zaraz się przekonamy! – Peter wcisnął się między dójkę kumpli, co nie za bardzo spodobało się jemu bratu.
        – Musisz się tu pchać z tą swoją dupą, Peter? – zapytał ze złością Domen.
        – Tak, a żebyś wiedział. Coś się nie podoba?
        – Tak, nie podoba.
        – Oj, masz problem.
        – Odsuń się ode mnie! To, że jesteś gejem, nie znaczy że ja też mam nim być!
        – Spokój, kurwa! – Tella nie wytrzymała i każdemu zasadziła solidnie po głowie, nawet Jo.
        – Ała, za co?! – Chłopak obrócił się w jej stronę trzymając się obiema rękami z głowę.
        – Tak na zaś. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego groźnie, dzięki czemu cała trójka już była cicho. Jedynie Domen coś tam mamrotał pod nosem o tym, że jakie to życie jest niesprawiedliwe.
        – O! O! Już są! – zawołała piękna dziewczyna o rudych włosach. Pokazała na ekran laptopa, gdzie właśnie pojawił się obraz.

        Amor, za pomocą swoich zdolności, przetransportował całą ich piątkę do pokoju ducha zimy, jak poprosiła go o to Gwiezdna. Jak tylko ich stopy dotknęły podłogi Carmen, Sam oraz Kalle zabrali się do roboty. W tym samym czasie Amor i Mo udali się na korytarz. Qupido stanął na czatach, kiedy blondynka wzięła się za rzucanie uroków. Uprzednio, całą ich piątkę pokryła swoim gwiezdnym pyłem, dzięki czemu stali się niewidzialni, nawet dla istot nieśmiertelnych. Skończywszy recytować właściwe inkantacje, weszła do pokoju, gdzie reszta zespołu już zrobiła swoje. Zainstalowali trzy kamerki w najmniej widocznych miejscach tak, by mieć jak najlepszy widok na to, co dzieje się wewnątrz pomieszczenia. Zadowoleni ze swoich poczynań, czekali aż Gwiezdna skończy uszczelniać okno. Kiedy i to już było gotowe, po przybiciu sobie piątek, zrobieniu kilku selfie, oczywiście Carmen nie mogła się powstrzymać, i pomachaniu do kamer, złapali się za ręce i udali do Paryża. Jednak po drodze coś poszło nie tak. Amor tak bardzo się rozproszył, że zamiast przenieść ich do klubu, przeteleportował ich do Nory Zająca Wielkanocnego!
        – Qupido, kurwa, zabiję cię! Jak mogłeś aż tak się pomylić? Czy ty zamiast mózgu masz gąbkę, czy co?! – Kalle prawie, a by ruszył na strażnika miłości, lecz został powstrzymany przez Mo.
        – Cicho, bo go obudzicie! – Mo pokazała głową, że znajdują się wewnątrz domu legendarnej postaci. Na jego widok Carmen zaczęła piszczeć, zaś Kalle aż otworzył usta ze zdziwienia.
        – Aaaa! To przerośnięty królik! – pisnęła przejęta latynoska.
        – O ja pierdolę... – Szwedzki przystojniak niemal nie wybuchł śmiechem.
        – Ciiii! Uwaga, chyba się obudził! – szepnęła przejęta Sam i rękami popchnęła towarzystwo w głąb kuchni, gdzie poukrywali się w przeróżnych zakamarkach. Mo i Sam zawisły przyklejone do sufitu, Kalle przepchnął się obok Amora i wskoczył do spiżarki, gdzie były same marchwie, i przytulił się do Carmen, która nie mogła powstrzymać chichotania. Na polu walki pozostał jedynie Amor, jako iż wszystkie dobre kryjówki były już zajęte, z braku laku wskoczył pod stół. Zrobił to w ostatniej chwili, ponieważ nagle rozbłysło nikłe światło, a do kuchni wkroczył zaalarmowany hałasami, zaspany Aster..
        
        W tym samym czasie, w klubie...
        – Gdzie oni są?
        – Co to za nora?!
        – Zabierz mi sprzed twarzy ten tyłek!
        – Kuźwa, nic nie widzę posuń że się! – Takie i inne krzyki wypełniły całą dyskotekę, kiedy któryś z muzyków zawołał:
        – Kalle ma chyba włączoną kamerkę w kieszeni kurtki. – Tym kimś był właśnie Peter. Reszta, jak na rozkaz zamilkła i zastygła w aktualnych pozach, co pewnie dla przypadkowego obserwatora musiało wyglądać dość komicznie.
        – Czy... czy to są marchewki? – Do ekrany wręcz przylepiła się Tella razem z barmanem Pierrem, który po przyjrzeniu się dokładniej owym rzeczom, stwierdził poważnym tonem.
        – Tak, to są marchwie.
       
        Z powrotem u Mo i reszty ferajny...
        Mo i Sam pokręciły zrezygnowane głowami, fundując sobie każda tak zwanego facepalma, nie dowierzając w to, że Amor, zamiast się teleportować w inne miejsce, na przykład na zewnątrz, w ostatniej chwili wślizgnął się pod stół. Jak nic zaraz zostanie nakryty, lecz ku zdziwieniu dziewczyn, strażnik nadziei, pokręciwszy się po pomieszczeniu, wrócił do sypialni i padł jak długi na łóżko. Kalle i Carmen, upewniwszy się, że droga już jest czysta, wyskoczyli ze skrytki na marchwie. Chłopak parsknął śmiechem, gdy ujrzał, jak we włosy dziewczyny powplątywane były pomarańczowe warzywa.
        – Bardzo śmieszne, serio... – Latynoska zabrała się za oczyszczanie włosów.
        – Dobra, spadajmy stąd. – Sam już miała dość przygód, jak na jedną noc, jednakże Amor miał inny pomysł.
        – Skoro już tu jesteśmy, czemu by nie wykręcić czegoś Zającowi?
        – Oszalałeś? Zabije nas, jak się dowie, że to my! – Sam trochę za głośno zaprotestowała, przez co Zając zamruczał coś niewyraźnie pod nosem. – To już przesada.. – dodała szeptem.
        – Ja się zgadzam z Amorem. Pójdźmy na całość. – Mo stanęła po stronie swojego ukochanego. Reszta nie miała wyjścia. Musiała się z nimi zgodzić, czego i tak nie pożałowali.
        – Dobra, jakieś pomysły? – spytała Carmen, gotowa, by uwiecznić każdą chwilę na swoim super nowoczesnym smartphonie.
        – Proponuję stary, sprawdzony sposób. – Kalle splótł ręce za plecami, niczym rasowy pan profesor. – Ma ktoś z was markera przy sobie?
        – Chcesz mu dorysować wąsy? – spytał powątpiewająco Amor. Jakoś nie za bardzo podszedł mu ten pomysł.
        – Ja mam eyelinera! – szepnęła konspiracyjnie latynoska, wyciągając ze swojej kieszeni markowy kosmetyk.
        – Ok, no to chodźmy! – zarządził Kalle i ruszył do pokoju, gdzie Aster spał sobie smacznie, nieświadom zagrożenia ze strony nocnych gości.
        – Ale to ekscytujące! – pisnęła niespodziewanie Carmen, przez co Zając poderwał się do góry. Mo zdążyła jedynie złapać koleżankę za ramię i pociągnąć w stronę podłogi, by strażnik nadziei ich nie zobaczył. Reszta poszła za jej przykładem.
        – Carmen, ty idiotko, weź się zamknij! – syknęła w jej stronę Summer.
        – Zaraz nas wydasz! – Kalle także obrzucił blondynkę niemiłym spojrzeniem, ale nie potrafił się długo na nią gniewać. – To się chyba nie uda. On ma za lekki sen... – Westchnął zrezygnowany.
        – Jakoś temu zaradzimy. – Manen uśmiechnęła się do niego chytrze, pokazując śnieżnobiałe zęby, po czym wstała, i unosząc się kilkanaście centymetrów nad podłogą, zbliżyła się do śpiącego Zająca.
        – Co chcesz zrobić? – Amor także wstał, uważając, by podłoga pod nim nie skrzypiała za głośno. Gwiezdna odwróciła się w jego stronę. Uniosła w górę otwartą lewą dłoń. Nad jej powierzchnią zatańczył srebrny pył.
        – Uśpię go tak, jak to robi Piasek, z tym, że ja zafunduję mu taki sen, że ocknie się dopiero za kilka godzin.
        – Potrafisz tak? – Kalle siedział na podłodze i patrzył jak zaczarowany w srebrzyste drobiny. Widział już nie raz, jak Mo posługuje się swoimi mocami, lecz za każdym razem wzbudzało to w nim taki sam zachwyt.
        – Oczywiście! – Zaśmiała się Mo. Nadal się śmiejąc, dmuchnęła w pył, a ten opadł na włochatą mordkę strażnika nadziei. – No, teraz żaden hałas go nie dobudzi, chyba, że odwołam zaklęcie.
        – No, a teraz, do dzieła! To co najpierw? Może namalujmy mu wielkie, smoliste wąsy i okulary?         – Nad Asterem pochyliło się pięć głów, przy czym każda patrzyła się na niego, jak na płótno.
        – Broda może być, ale okulary są zbyt oklepane... – zamarudziła Carmen.
        – To w takim razie co proponujesz? – Kalle popatrzył na przyjaciółkę w sposób „no dalej, jak jesteś taka cwana” i oddał jej pole do popisu. Dziewczyna jedynie uśmiechnęła się szeroko i uniosła znacząco kilka razy wymodelowane brwi. Zbliżyła się do śpiącego, odkręciła „narzędzie zbrodni” i przystąpiła do działania. Po minucie, Zając dorobił się wspaniałych, równiutkich wąsiorów. Reszta na ten widok parsknęła głośnym śmiechem. Zadowolona z siebie Carmen chciała dorobić mu jeszcze piękne kocie oczy, ale nagle stało się coś strasznego.
        – O nie! – krzyknęła.
        – Co się stało? Budzi się? – Mo popatrzyła na dziewczynę, gotowa w każdej chwili dobyć swoich mieczy, lecz odpowiedź Carmen sprawiła, że niemal przywaliła głową o ramę łóżka.
        – Mój eyeliner się skończył! – Załamana tymże faktem, niemal prawie się popłakała.
        – Boże, kobieto, kupisz sobie nowy... – Amor przejechał zdegustowany dłonią po twarzy, nie wierząc w to, co się dzieje. Carmen jednak spojrzała na niego z mordem w oczach.
        – To była edycja limitowana! Limitowana! – wykrzyczała. – Dostępnych było tylko dwieście takich sztuk..! Wydałam fortunę na niego... – Westchnęła bliska płaczu.
        – Z czego on był, ze złota? – Kalle nie mógł powstrzymać się przed śmiechem. Tragedia koleżanki była dla niego istną komedią.
        – Jedynie z dodatkiem złota – powiedziała obrażając się śmiertelnie na Kallego.
        – Dobra, skończcie odstawiać już ten teatr. Pospieszmy się i skończmy to, co mamy. – Sam ponagliła przyjaciół, a ci, przyznali jej rację.
        – Musimy znaleźć coś, co pisze na czarno, i czego jest dużo.
        – I co nie zejdzie tak prędko – dodał Amor.
        – Ej, to się nada? – Kalle podszedł do Mo i pokazał jej swoje znalezisko. W ręce miał pudełko czarnej pasty do butów. Gwiezdna uśmiechnęła się szeroko.
        – O tak, nada się wprost idealnie! – Wzięła od chłopaka pudełko, podeszła do łóżka i zaczęła przypatrywać się, co by tu jeszcze zmalować.
        – A na co Zającowi pasta do butów, przecież on ich nie nosi. – Amor i Sam wymienili się pytającymi spojrzeniami, lecz ani jedno ani drugie nie znało odpowiedzi, na tak fascynujące pytanie.
        – To teraz nieistotne. Ważne, że nam się przyda. – Mo smarowała Astera. Dorobiła mu przepiękną brodę, poprawiła wąsy na jeszcze grubsze.
        – Brwi, pomaluj mu brwi! – krzyknęła jej przez ramię latynoska.
        – Ok. – Wedle życzenia, domalowała dwie grube krechy nad zamkniętymi oczami Zająca, które w pierwszej chwili przypominały tłuste, czarne gąsienice. – No, gotowe! – rzekła, a reszta, po przyjrzeniu się Asterowi, dostała tak głośnego napadu śmiechu, że aż zaczęli się turlać po podłodze.
        – Zróbmy sobie selfie na pamiątkę – odezwała się Carmen. Pozostali nie mieli nic przeciwko. Po kilku sekundach leżeli razem ze strażnikiem nadziei na łóżku i robiąc zabawne miny zrobili sobie małą sesję zdjęciową.
        – Misja wykonana! – powiedziała zadowolona z siebie Mo, a przyjaciele jej przytaknęli.
        – I to w dwustu procentach. – Obok Manen stanęła Carmen. – No, a teraz zmywajmy się stąd, jest pierwsza w nocy.
        – Amor, zabierz nas do domu, tylko tym razem nie przenieś nas do wnętrza wulkanu. – Gwiezdna zakomenderowała, przez co Amor zasalutował jej jak rasowy żołnierz.
        – Ok, ale jeszcze muszę zrobić tylko jedno.
        – Co takiego? – Sam i Mo spojrzały po sobie nie wiedząc o co chodzi. Amor, wziął do ręki pudełko z pastą do połowy opróżnione i domalował coś na czole Zająca.
        – Co ty robisz? – spytała Gwiezdna podchodząc do niego.
        – Swój podpis – odrzekł jej dumnie, skończywszy swoje dzieło. Mo rzuciła okiem na bohomaz i omal nie walnęła się otwartą dłonią w czoło.
        – Serio? Serce przebite strzałą? – Normalnie prawie ręce jej opały. – Ale oryginalnie... – Sarkazm w jej głosie aż raził.
        – Ok, teraz już możemy spadać.
        I zniknęli.
        Tak to właśnie Zając otrzymał przepiękny prezent gwiazdkowy od nocnych włamywaczy, którzy nie omieszkali podzielić się swoimi rewelacjami zresztą przyjaciół.

Obecnie w Norze u Zająca Wielkanocnego...

        Zając nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego piękne, lśniące wąsy i reszta futerka była oblepiona, i obsmarowana jakąś czarną mazią! To sen, tak? Zwykły sen. Zaraz się obudzę... Gadał do siebie, ale jakoś nie chciał się ponownie obudzić w ciepłym, wygodnym łóżku.
Jack, kiedy już opanował atak śmiechu, razem Kosiem doczłapali do biadolącego strażnika nadziei. Chłopak chciał położyć rękę na ranieniu przyjaciela, lecz ten zerwał się na równe nogi, i z furią w oczach przygwoździł biednego Frosta do ziemi.
        – Jeśli to twoja sprawka Frost, to przysięgam, że się zemszczę. Tak okropnie, że nie masz pojęcia. – Jego groźny ton sprawił, że Jack poczuł nieprzyjemny dreszcz na ciele. Koszmar, widząc co się dzieje, zarżał głośno, przez co Zając odskoczył od chłopaka o białych włosach na kilka metrów. Senna mara zastąpiła drogę Zającowi do Frosta, co zdziwiło szczerze ich obu.
        – Dzięki, Koś, ale sam bym sobie poradzi.
        – Cześć! Co tam robicie? – Do dwójki strażników dołączyła, znikąd, Manen, uśmiechnięta od ucha do ucha. – Rany, ale mamy piękny dzień, nie sądzicie? Przybyłam wam życzyć wesołych świąt. Także, Wesołych Świąt z okazji Bożego Narodzenia! – wykrzyczała radośnie. Zając i Jack popatrzyli na nią, jakby jej nie znali. Czy to ta sama Mo, co zwykle? Wydaje mi się, że chyba ktoś ją podmienił... Jack nie mógł oderwać wzroku od blond dziewczyny przed sobą, która zmierzała w jego stronę. Wyglądała inaczej, zupełnie inaczej! Uśmiech, taki szczery, beztroski i te oczy, które nie były już tak smutne, ba! One w ogóle nie miały w sobie smutku! Dziewczyna podeszła do niego, chwyciła delikatnie za dłonie, w tym tą, w której Jack trzymał swój kij i spojrzała mu głęboko w oczy. Chłopak miał wrażenie, jakby zaczął tonąć w jej zielononiebieskich oczach, których blask porażał swoją mocą. Tak samo, jak tamtej Mo z Dziennika jej brata.
        Obdarowała go serdecznym uśmiechem, wręcz nie mogąc się powstrzymać. Jack patrzył na nią oniemiały, jakby widział ją po raz pierwszy, co nie do końca było nieprawdą. Postanowiła się zmienić, i to od dzisiejszego dnia.
        – Wesołych, pogodnych i szczęśliwych świąt, Jacku Mrozie. Aby spełniły się wszystkie twoje marzenia, żebyś już nigdy nie musiał być samotny. – Kiedy to powiedziała, zagryzła dolną wargę, jakby się nad czymś zastanawiała. – A co mi tam... – rzekła i przytuliła mocno do siebie skołowanego ducha zimy. Jej ciepło, takie przyjemne, rozlało się po całym ciele Jacka, serwując uczucia, z jakimi jeszcze nigdy nie miał styczności.
        Mo uparcie nie patrzyła na nic innego, tylko przed siebie lub na Frosta. Nie potrafiła spojrzeć na Zająca i nie eksplodować śmiechem i nie zdradzić się, że to ona jest współwinna obecnego stanu, w jakim znajdował się aktualnie Aster. Jak nic wydała by siebie i resztę, a tego nie chciała. Nagle przed oczami stanął jej Koszmar, lecz zignorowała go zupełnie. Po minucie, kiedy już wypuściła Jacka ze swoich objęć, zebrała się w sobie i popatrzyła w kierunku Zająca. Z trudem powstrzymała się przed wygadaniem o tym, że ta śliczna tapeta to między innymi jej dzieło.
        – Wesołych Świąt, kochany Asterze... – I jego też przytuliła, choć oderwała się od Kangura o wiele szybciej niż od Frosta. Już chciała odchodzić, kiedy obok Jacka usiadł Koszmar. Mo popatrzyła na niego, a uśmiech z jej twarzy powoli zniknął. Zastąpiła go śmiertelna powaga. – Co ten Koszmar tutaj robi? – spytała głosem należącym do tej Mo, którą znają strażnicy.
        – Eeee... – Jack nie wiedział co powiedzieć. Mo i jej nowe zachowanie tak bardzo wytraciło go z równowagi, iż zapomniał po co tu tak właściwie przyszedł.
        – Dobra, nieważne.. – Mo machnęła ręką na chłopaka. Po jej dobrym nastroju nie zostało już choćby śladu. Zaczęła podchodzić do stwora, ostrożnie, ponieważ zdążyła zauważyć, iż ten nie jest jakoś specjalnie ufny. – Spokojnie, nic ci nie zrobię. – Mo wyciągnęła ku Koszmarowi rękę. Ten, z wahaniem, podszedł do niej i delikatnie, piaskowym pyskiem otarł się o wierzch jej prawej dłoni.

        – Jesteś wymęczony, zgaduję, że Mrok nie doszedł jeszcze do siebie. – Spokojnym tonem zwróciła się do stworzenia, które przycupnęło na tylnych nogach i patrzyło na nią smutno. Koś przytaknął jej twierdząco, przez co Mo westchnęła. – Coś się wydarzyło, prawda? Skoro ty tak wyglądasz, to z nim pewnie też nie jest najlepiej. Co się stało? – spytała Kosia, lecz ten spojrzał na Jacka, jakby pytał go o pozwolenie, czy może ujawnić to, co pokazał jemu. Mo spojrzała na Frosta lecz ten spuścił głowę na dół, jakby unikając jej wzroku. Nagle Manen wstała. Wyciągnęła przed siebie obie ręce. Między smukłymi palcami dziewczyny zawirował srebrny pył, który z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej ciemniejszy. W końcu, stał się czarny jak smoła, co zadziwiło Jacka i Zająca jeszcze mocniej.


___________________________________________________________


Witajcie Kochani! Cóż, na początku chcę Wam powiedzieć, że przepraszam. Znowu się nie wyrobiłam na czas... ;( Ostatnio ciężko jest mi zdążyć ze wszystkim. Może to przez to, że zbliżają się święta..? Nie mam zielonego pojęcia.. Rozdział został zbetowany przez wspaniałą Sovbedlly :D Dziękuję kochana :*:*:*,
+

Jak jest napisane w tytule, jest to pierwsza część. Dlaczego? Ponieważ, aby opisać wszystko co chcę w tym rozdziale, jest bardzo długie. Za długie, dlatego rozdzieliłam to. Myślę, że dobrze zrobiłam :D Poza tym, ta część jest taka troszkę bardziej śmiechowa, zresztą, pozostawiam ocenę Wam ;)
Dobrze, nie zanudzam już Was, pewnie macie ciekawsze rzeczy do roboty, niż czytanie mojej bezsensownej paplaniny, tak więc, do zobaczenia za dwa tygodnie! (Plus minus.)
Wasza zakręcona Moonlight :*.

3/28/2017

Rozdział 14 - Duet idealny



        Czy ktokolwiek z żyjących zna definicję szczęścia lub ma na nie sprawdzoną receptę? A może szczęście znajduje nas samo, w najmniej odpowiednim momencie naszego istnienia, kiedy stoimy na rozdrożach, u progu dorosłości, w chwili podjęcia ważnych decyzji? Jestem szczęśliwy – kto ma w sobie tyle odwagi, by szczerze to powiedzieć? Człowiek może być szczęśliwy, nie mając praktycznie nic. Wystarczy mu tak niewiele, aby wypowiedzieć te magiczne słowa. Wystarczy jedna chwila, jedno spojrzenie, jeden gest i już wie, że odnalazł to, czego tak usilnie szukał.
        Z pozoru tak łatwe, wręcz banalne, a w rzeczywistości, być naprawdę szczęśliwym, to przede wszystkim docenianie tego, co się posiada. Nie żądać wciąż więcej i więcej, bo po co? Po co zaśmiecać siebie, swoje serce i umysł nic nieznaczącymi drobnostkami dającymi jedynie pozorne uczucie spełnienia? Życie nie jest tego warte. Szczęście czeka tam, gdzie jest twoje serce. W miejscu, do którego możesz wrócić o każdej porze dnia i nocy.
        Szczęście może przyjść równie szybko, co odejść i co wtedy się z nami dzieje? Co dzieje się ze światem, który nas otacza? Tracąc to, co jest nam najdroższe, wszystko przestaje mieć znaczenie. Świat traci kolory, stając się wyblakłą kliszą bez życia. Stracić je można tak szybko, jak się ono pojawiło, a my, ludzie, wciąż nie doceniamy tego, co już nam dane zostało.
        Szczęście, miłość, przyjaźń oraz pozostałe pozytywne odczucia, relacje i oczywiście pełna akceptacja siebie i docenienie, są doskonałą mieszaniną. Idealnym przepisem na szczęście.

        Czy to się dzieje naprawdę? Może to sen. Księżycu, proszę, dopomóż mi! Jeśli to sen, to nie chcę się z niego wybudzić. Czuł namiętność tyle razy, niemal do znudzenia, lecz czegoś takiego, to jeszcze ani jednego razu w swoim niekrótkim życiu. Powinien być przyzwyczajony do tego, ale... No właśnie, zabrakło mu słów. Nawet jego mózg nie ogarniał zaistniałej sytuacji. Cały świat stanął na głowie. Wokół wszystko zamarło, wiatr przestał wiać, śnieg już nie prószył, odgłosy co do jednego zamilkły. Było słychać tylko bicia ich serc. Dwóch serc, które właśnie, w tym momencie się z sobą zsynchronizowały. Oboje poczuli, jak czas staje w miejscu. Jak przez ich ciała przechodzi przyjemna fala prądu, pobudzając wszystkie możliwe nerwy i fundując im kolejne dawki nieznanych jak dotąd doznań. Ta chwila była po prosu idealna, magiczna.
        Przełomowa.
        Wiedziała na co się decyduje, że od tego nie będzie już odwrotu. Ale ona chciała tego. Całą sobą. Potrzebowała tego, pragnęła, pożądała. Jeszcze w całym swoim życiu nie czuła takiej eksplozji uczuć. To było niewiarygodne, wręcz nie do opisania. Choć nie, było jedno takie, które by się nadało. Idealnie. To było idealne, jak spełnienie naraz wszystkich marzeń. Jakby cały ból, którego doświadczyła w ciągu swego istnienia nigdy nie istniał. Jakby był tylko odległym snem. Zbliżyła swoje usta do ust Amora, jednocześnie czując jak jego ciepłe dłonie przyjemnie grzeją jej skórę twarzy. Dzieliły ich milimetry, kiedy Mo zamknęła całkowicie oczy, dając się ponieść tej cudownej chwili. Jego ciepło było takie przyjemne, niemal uzależniające. Tak cholernie dobre.
        Kiedy jej gorący oddech owiał twarz Amora ten nie wytrzymał. Wpił się w jej usta z dziką zachłannością. Marzył o tej chwili od dobrych kilkudziesięciu lat, i szczerze nie spodziewał się, że to w ogóle nastąpi. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż ten pocałunek przypieczętuje ich wspólny los. Od tego momentu będą złączeni nie tylko relacją czy uczuciem, ale więzią, której nic już nie będzie w stanie zniszczyć. To zainicjowanie czegoś, co w przyszłości pozwoli Mo sprowadzić Lunara na Ziemię, ale nie chciał teraz o tym myśleć. Wreszcie mógł skosztować tych ust. Ust, których nikt, poza nim, nigdy nie spróbuje. Będą tylko jego, ona cała należy już tylko i wyłącznie do niego. A on do niej. Całował ją namiętnie, czekając cierpliwie, aż Mo da mu większy dostęp, co po kilku sekundach nastąpiło. Z rozkoszą pogłębił pocałunek, serwując Manen coraz więcej doznać. Doskonalił się w tej sztuce ponad pięć wieków, więc miał się czym pochwalić. Natomiast Mo, ku zdziwieniu Amora, nie była najgorsza w te klocki jak na nowicjuszkę. Oddawała każdą pieszczotę z równą siłą. Zarzuciła mu ręce za szyję, wplatając palce w jego czarne włosy, przez co przyciągnęła go do siebie jeszcze bliżej. Amor nie pozostał bierny. Po ramionach dziewczyny zjechał gładko rękoma w dół, by objąć swoją gwiazdkę w talii. Jej zapach, bliskość i smak tak go odurzyły, że zapomniał o bożym świecie. Była tylko Manen. Ona i on. Razem. Nawet nie zauważył, jak znalazł się z blondynką pod ścianą.
        Nie wiedziała, co w nią wstąpiło. Co się działo z nią, z jej ciałem i Amora. Każda najmniejsza szczelina między nimi została wypełniona. Zupełnie jakby byli jednością. Czymś, czego żadna siła nigdy nie zdoła rozerwać. Niepowstrzymaną falą tsunami, zdolną zmieść wszystko, co stanie jej na drodze. Taka była właśnie ich wspólna siła. Potęga, z jaką nic nigdy się nie zrówna.

        Po kilku sekundach, które im wydawały się latami świetlnymi, oderwali się od siebie. Zabrakło im tchu. Na koniec Amor złożył ostatni, leniwy pocałunek na nabrzmiałych wargach Gwiezdnej, uśmiechając się przy tym. Serca waliły im tak mocno, że niemal chciały się wydostać na zewnątrz i odtańczyć taniec miłości, rumbę zakochanych. Kiedy strażnik miłości spojrzał Mo głęboko w oczy, ujrzał w nich po raz pierwszy coś, czego nikt jak dotąd nie widział. Jej oczy błyszczały, porażając swą intensywną i unikalną barwą. Jakby gdzieś w nich było ukrytych milion najjaśniejszych gwiazd z całego wszechświata i tylko czekały, aż ktoś je wreszcie odkryje. Dziś nastała właśnie ta chwila. Iskra tląca się w nich ze znikomą siłą, przerodziła się w dziki pożar. I jeszcze ten uśmiech, inny od wszystkich pozostałych. Choć widział podobny, jak kilka dni temu przebudziła się jako Light, ten spowodował, że Mo wyglądała jak zupełnie inna osoba. Jak ktoś, kto nigdy nie zaznał cierpienia.
        – Czy tak właśnie uśmiechała się dawna Manen? – Nie przestawał się uśmiechać. Nie mógł się powstrzymać. Raz za razem składał tym razem delikatne niczym muśnięcie skrzydeł motyla, pocałunki na jej szczęce i nie przestawał zjeżdżać w dół.
Gwiezdna zachichotała pod nosem, lecz z jej ust wyrwał się cichy pomruk, kiedy Amor zaczął obdarowywać jej szyję pocałunkami. Na Boga, to było takie przyjemne... Dlaczego ona wcześniej się nie odważyła na to?
        – Dawna Manen umarła wraz ze swoim bratem. Teraz jestem kimś zupełnie innym, ale dla ciebie zacznę tamtą mnie przypominać – wyszeptała mu do ucha, mocniej pociągając za jego włosy. Amor oddalił się od niej na wyciągnięcie ramion, fundując jej uśmiech po brzegi wypełniony miłością. Mo odwzajemniła uśmiech, chwaląc się idealnie białymi zębami. Patrzyli sobie w oczy, czerpiąc z tej chwili jak najwięcej, jednak po jakimś czasie, znowu, przeszkodziło im chrząknięcie. Mo niemal zazgrzytała zębami. Powoli chyba staje się to już tradycją., zażartowała w myślach. Jednocześnie z Qupido odwrócili głowy z tym samym kierunku i zobaczyli stojącą, szczerzącą się Summer, która niezbyt elegancko opierała się o otwarte drzwi.
        – A już myślałam, że nigdy do tego nie dojdzie... Hej Pierre! Wygrałam! – Sam wrzasnęła na całą uliczkę, w której się znajdowali. Ze środka budynku dało się usłyszeć jęk zawodu i kilka gwizdów, co absolutnie zdezorientowało Manen i Amora. Ci dwoje popatrzyło na siebie, nie wiedząc o co chodzi, po czym przenieśli pytające spojrzenia na Patronkę Lata, która właśnie odprawiała swój taniec radości.
        – O czym ty mówisz? – Niemal jednocześnie wypowiedzieli to samo zdanie, czym wprawili Sam w jeszcze większy stan euforii. Ciemnooka popatrzyła na nich z rozczuleniem, jak na małego szczeniaczka. Westchnęła przeciągle, ścierając niewidzialną łzę z kącika oka.
        – Ooo, jesteście razem tacy słodcy. Pasujecie do siebie niemal idealnie. Wiedziałam, że wasze spiknięcie to tylko kwestia czasu, ale nie powiem, długo kazaliście nam czekać, oj długo... – Paplanina Sam zaczęła wprawiać Gwiezdną w irytację. Rzadko denerwowała się na Sam, ale dzisiaj miała ku temu znaczący powód.
        – Dziewczyno, mów o co chodzi, albo wyślę cię daleko w kosmos!
        – No dobra, nie unoś się tak... – Sam uniosła ręce do góry w geście poddania, jednocześnie przewracając oczami. – Więc wszyscy w klubie wiedzą, że coś do siebie czujecie i mieliśmy rację! Kilka lat temu z Pierrem założyłam się, że w ciągu pięciu lat wyznacie sobie to, co czujecie do siebie nawzajem, i ja wygrałam. – Sam wypięła dumnie pierś do przodu, jakby chciała się pochwalić całemu światu, co rzecz jasna chciała uczynić.
        – Ja obstawiałem, że choćby minęło i z dziesięć lat, to żadne z was by się nie przyznało do swoich uczuć. – Do Sam dołączył czarnoskóry chłopak uśmiechający się od ucha do ucha. Mo aż otworzyła usta ze zdziwienia. Popatrzyła zszokowana to na Sam, to na Pierra nie wiedząc co powiedzieć, chyba pierwszy raz w życiu. Kiedy przyswoiła sobie w pełni, co ta dwójka przed chwilą powiedziała, niemal spaliła się ze wstydu.
        – Oj Mo, nie patrz tak na nas. To prawda, a od niej nie uciekniesz. Kochacie się i to jest piękne! Teraz tworzycie prawdziwy duet. Idealną parę! – Summer podbiegła do nich i obydwoje naraz przytuliła. Po kilku sekundach Gwiezdna opanowała się, Amor też i oddali uścisk. Święta Trójca z The MoStar rozumiała się przecież bez słów. Czasami zdarzały się jedynie wyjątki.
        – To co, musimy to uczcić, nie? – Pierre zatarł ręce z podekscytowania. Już czuł, że zapowiada się kolejny melanż roku.
        – Przyjacielu, czytasz mi w myślach, – Qupido pokazał na ciemnowłosego barmana wyprostowanym palcem. Uwieszając się na nim ramieniem, i śmiejąc jak to faceci, zniknęli wewnątrz klubu. Sam i Mo zostały same, patrzyły na drzwi, w których przed kilkoma sekundami znikli ich przyjaciele. W pewnym momencie Sam złapała Manen za rękę. Blondynka spojrzała na przyjaciółkę nadal roziskrzonymi oczami. Nie minęła minuta, a te ponownie wpadły sobie w ramiona, tuląc się z całych sił.
       – Oby wam się udało. Życzę ci tego z całego serca. Żebyś już zawsze tak się uśmiechała. Amor jest dla ciebie wybawieniem, to widać na pierwszy rzut oka. Tak się cieszę, że nareszcie to zrobiliście. Zobaczysz, teraz będzie ci o wiele łatwiej. – Sam niemal mówiła przez łzy. Była szczęśliwa. Kochała Mo niczym siostrę, chciała dla niej jak najlepiej. Jako jej przyjaciółka zawsze wiedziała nieco więcej od pozostałych, i tak jak Amor była dla Mo podporą. Manen mocniej ścisnęła w swoich ramionach brunetkę. Jej słowa znaczyły bardzo wiele.
        – Dziękuję. Nawet nie wiesz ile znaczą dla mnie twoje słowa. Ja też życzę ci szczęścia, abyś przez resztę wieczności pozostała właśnie taka, bo jesteś wspaniała. – Po kilku minutach przytulanek, odkleiły się wreszcie od siebie. Miały łzy w oczach. Od teraz ich wspólna relacja również stała się o wiele mocniejsza. – No dobra, koniec tych sentymentów. Pora wziąć się za robotę. – Gwiezdna ruszyła ku wejściu do dyskoteki, a za nią podążyła Sam.
        – Tak, masz rację. Sylwester za pasem, a my nie jesteśmy gotowi – rzekła i razem udały się do reszty ekipy, gdzie Pierre i Amor już rozkręcili niezłą imprezę.

        Jak tylko drzwi zamknęły się za Patronką Lata, powoli tajemniczy obserwator, który widział całe zdarzenie, także pocałunek Mo i Amora, wyszedł z cienia. Udało mu się pozostać niezauważonym, a doskonale zdawał sobie sprawę z tego, ile ryzykował, podchodząc tak blisko gwiezdnej strażniczki. Z drugiej jednak strony musiał wypełnić rozkazy. Przecież nie mógł powiedzieć swoim władczyniom, iż nie podołał zadaniu. Miał pilnować strażnika miłości, nie spuszczać z niego oka i czekać, aż nadejdzie rozkaz pojmania go. Chłopak nie wydawał mu się zbyt wielkim zagrożeniem, również jedna z córek Matki Natury nie sprawiała wrażenia silnej. Nie mógł pozwolić sobie na tak niedorzeczny błąd, jakim jest niedocenienie przeciwnika. Poza tym kręciła się tu ta Gwiezdna, a z nią wolał nie stawać do walki. Zdawał sobie sprawę, że w starciu z nią nie ma najmniejszych szans, dlatego chował się wśród cieni, wyciszając swoją aurę najmocniej, jak tylko się dało. Gwiezdna stanowi ogromny problem. Jak miał dostać się do Amora, skoro ta blondi była praktycznie non stop przy nim? Domyślał się, iż powierzone mu zadanie nie będzie łatwe, zaś najmniejszy jego błąd będzie surowo ukarany. On nie chciał tego pod żadnym pozorem. Nie chciał znowu zostać zamknięty w ciemnym podziemiu. Więzieniu, gdzie nie dochodzi światło dnia. Nie. Nie zawiodę. Pomyślał z determinacją. Znajdę sposób, by wypełnić moją misję. Sprawię, że one będą ze mnie dumne... Z takim przekonaniem uśmiechnął się wrednie pod nosem, rozpływając się w cieniu.

        Wracając od Jammiego, Jack postanowił udać się do Toothiany. Obiecał, iż zajrzy do niej niebawem, a że nie miał nic ciekawego do roboty, przywołał do siebie wiatr i nakazał mu zanieść się do Zębowego Pałacu. Leciał sobie już dobrą chwilę, wywijając po drodze fikołki lub formując nowe chmury śniegowe. Nie chciał zaniedbać swoich obowiązków. Zima trwała w najlepsze, a Jack Frost musiał dbać o swą dobrą renomę ducha zimy.
        Chłopak o białych włosach tak zatracił się w zabawie, że niechcący na kogoś wpadł, i tym kimś a raczej czymś był Koszmar. Koń, choć zdawać się mogło to niemożliwe, wyglądał jeszcze bardziej odrażająco i tak jakoś mizernie. Jakby był poważnie chory. Jack pozbierał się do kupy po kilkunastu minutach szoku i pierwsze, co chciał zrobić, to zaatakować senną marę, lecz ta, widząc poczynania strażnika zlękła się i skuliła. Wystraszyła się chyba jeszcze bardziej niż sam Frost. Zachowanie piaskowego stwora zdziwiło Jacka jeszcze bardziej. Koszmar wyglądał jakby skomlał ze strachu. Strażnik zabawy opuścił nieco swój kij w dół, cały czas miał się na baczności. Przecież miał przed sobą jednego ze sługusów swojego największego wroga. Koszmar spojrzał nieśmiało na Jacka, a gdy zobaczył, że ten nie celuje w niego swoją bronią, wyprostował się nieco.
        – Eee... cześć? – Jack pomachał nieśmiało stworowi, na co ten prychnął w odpowiedzi. Jack wziął to za odpowiedź. – No... – Białowłosy potarł z zakłopotaniem kark – Mrok cię wysłał na szpiegowanie? – Koń pomachał głową na nie. – To może wygnał? – Znowu odpowiedź przecząca. – To, no nie wiem... sam uciekłeś? – Jack poczochrał się po swojej białej głowie, strzelając nieprzemyślane pytanie, które okazało się trafne. Koszmar przytaknął ochoczo, siadając w powietrzu.         – Serio, zwiałeś?! Dlaczego? – Jack założył swoją laskę za głowę i oparł na niej obie ręce. Z zainteresowaniem obserwował, jak Koszmar próbuje mu przekazać swoje rewelacje, ale jak na złość, chłopak nic nie zrozumiał. Już z Piaskiem szłoby się szybciej dogadać. Koń zaczął prychać i kręcić łbem, jednakże jego starania szły na marne. Jack nie skumał ani jednego słowa.
        – Dobra, daj sobie spokój i tak nie zrozumiem ni słowa. Jakbyś umiał to pokazać, tak jak Piasek, to byłoby jakieś ułatwienie... – Jack opuścił ręce ze zrezygnowaniem i już chciał dać sobie spokój z tą konwersacją, ale Koszmar powstał nagle na równe nogi i zaczął prychać. Jack przestraszył się nieco. Nie ufał temu potworowi, ponownie przybrał pozę do ataku. Koszmar opamiętał się, cofnął kilka kroków chcąc dać Frostowi do zrozumienia, że nie ma złych intencji. Następnie wydał z siebie jakby końskie westchnienie, i zaczął się rozpływać. Dosłownie! Z czarnego piasku zaczęły formować się niezidentyfikowane kształty, co w pierwszej chwili totalnie zszokowało Jacka. To Koszmary tak w ogóle potrafią?! Kilka sekund później z piasku zaczęły wyłaniać się jakieś kształty; klatki, niezliczone kręte schody.
        – To kryjówka Mroka. – Najwidoczniej zgadł, ponieważ kształty rozmazały się i zaczęły formować w coś innego. Tym razem czarny piach zaczął przybierać postać Mroka leżącego na łóżku. Wyglądało to trochę zabawnie. Jack zacząłby się nawet śmiać, gdyby nie kolejna postać. Ktoś wyłonił się z cienia, tak po prostu, i coś zrobił Pitchowi. – Ktoś go odwiedził? – Jack chyba nie do końca trafił, bo obraz się nie zmienił. – Zaatakował? – Tym razem udzielił dobrej odpowiedzi. Piasek przybrał teraz postać Mroka, który mdleje po wstaniu z łóżka, a otaczające go Koszmary padają razem z nim. Książę Koszmarów próbował walczyć, przywołał więcej swoich sennych sług, lecz tajemniczy cień z łatwością się ich pozbył i poważnie ranił Pitcha jakimś mieczem. Na koniec cały piasek uformował się w krótkie zdanie: Z pozdrowieniami od Sióstr Ciemności. Przed Jackiem ponownie pojawił się senny koń, który patrzył smutno na białowłosego.
        – Siostry zaatakowały Mroka? I ktoś im w dodatku pomaga?! Trzeba o tym powiedzieć reszcie i Zołzie! Ej, jeśli zabiorę cię na biegun, pokażesz innym to samo co mnie? – Jack dopadł do Koszmaru, a ten pokiwał na tak. – Dobra, to chodź. Nie mamy czasu do stracenia!

        Nie minęło dziesięć minut, a Jack z nowym towarzyszem przekroczyli bramę bazy. Koszmar rozglądał się z zafascynowaniem nowemu budynkowi, co nie uszło uwadze Frosta. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Ten Koszmar nie wydawał mu się taki zły, szło się do niego przyzwyczaić. Razem ze sennym stworzeniem przekroczyli próg bazy, ale udało im się zrobić jedynie jeden krok, gdyż znikąd pojawiły się yeti z broniami we włochatych łapach z Northem, po zęby uzbrojonym, na czele.
        – Co to ma znaczyć, Jack?! Co to coś tutaj robi?! – North wymierzył swoimi ostrymi jak brzytwa mieczami w przestraszonego Koszmara, który schował się szybko za plecami ducha zimy.
        – Spokojnie, jest ze mną. Przyprowadziłem go, bo... – Jack uniósł ręce w geście obronnym. Chciał wszystko wytłumaczyć jak się należy, ale Mikołaj nie słuchał jego wyjaśnień.
        – Że co?! Jak to sam go tutaj przyprowadziłeś? Czyś ty kompletnie ogłupiał?!
        – North, posłuchaj mnie przez chwilę! – Jack zrobił krok w stronę strażnika zachwytu, a Koszmar za nim zrobił to samo. – Sam na początku zareagowałem tak jak ty, ale jest coś, o czym musisz się dowiedzieć i reszta tak samo. Wezwij pozostałych, wtedy przekonasz się, dlaczego przyprowadziłem go ze sobą.
        – Jack, ja nie mam teraz czasu na takie pierdoły... – North chciał zbyć chłopaka, lecz ten nie pozwolił mu na to. Za pomocą swojej mocy, użył silnego podmuchu wiatru, który omal nie ściął brodatego z nóg. – Czy ciebie do reszty pogięło?!
        – Nie zostawiłeś mi wyboru, a teraz patrz i zamknij z łaski swojej jadaczkę. Koszmarku, do dzieła. – Jack ostatnie słowa skierował do kulącego się za nim stwora, który niechętnie postąpił kilka niepewnym kroków na środek korytarza. Northowi ukazała się ta sama historia, co wcześniej Jackowi, jednak tym razem chłopak dopowiadał potrzebne komentarze. Kiedy seans dobiegł końca, North wyprostował się powoli. Nie odrywał wzroku od sługusa Pitcha, patrzył na niego, jakby Gwiazda miała zostać odwołana.
        – Ożesz ty...
        – Mówiłem. – Jack stał z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
        – Trzeba natychmiast wezwać tu Manen i resztę. Jeśli to prawda, a Pitch tam umiera, to mamy poważny problem. Jack, zajmij się tym! – North obrócił się na pięcie, po czym otrzepał się z kurzu, którego na sobie nie miał, i ruszył ku nowemu warsztatowi. Jego ostatnie słowa sprawiły, że Jack stracił na chwilę równowagę, niemal padając na marmurową posadzkę.
        – Co? A dlaczego akurat ja? – spytał chłopak patrząc na Mikołaja, jakby ten zabrał mu jego kij. North westchnął jedynie zrezygnowany. Czasami roztrzepanie tego chłopaka nawet jego osłabiało.
        – Bo ja jestem dzisiaj zajęty, Jack. Jaki dziś mamy dzień? – Strażnik zachwytu miał nadzieję, że tym pytaniem jakoś naprowadzi młodzieńca na właściwą odpowiedź.
        – Eee... wtorek? – Jego odpowiedź sprawiła, że North uderzył się otwartą dłonią w czoło, a obserwujące ich yeti pokręciły głową z dezaprobatą.
        – Wigilię. Dzisiaj jest Wigilia! Za chwilę wyruszam, by rozdać prezenty, więc to chyba oczywiste, że nie mogę się tym zająć! – North niemal krzyknął na Jacka, który przewrócił oczami niczym niezadowolone dziecko.
        – Ok ok, już się tak nie unoś, bo ci broda posiwieje... – Frost machnął lekceważąco ręką, minąwszy przyjaciela. Udał się do głównej sali, w celu wezwania pozostałych strażników. Zaś North, w swoim odświętnym stroju podążył do garaży. Tam już czekały na niego wypolerowane na błysk, podrasowane, nowiuteńkie sanie zaprzężone w renifery. Kiedy nadszedł ten wyczekiwany przez okrągły rok moment, North chwycił za lejce, mocno nimi potrząsając, dając tym samym znak rogaczom by ruszyły. Z szerokim uśmiechem na ustach i krzycząc w niebo głosy jak opętany, opuścił bazę, aby dać dzieciakom wspaniałe, pełne zachwytu święta.

        Frost przemierzał właśnie piękny korytarz ustrojony świątecznie w girlandy, jemiołę, lodowe rzeźby i cudowne obrazy na ścianach. Choć wydawać się mogło, że to istny, pełen przepychu pałac, jak się szło jego korytarzami odnosiło się zupełnie odwrotne wrażenie. Z każdego zakamarka biło niewyobrażalne ciepło, a pomieszczenia zachęcały do przekroczenia ich progu niczym w bajce dla dzieci. W końcu dotarł pod podwójne, masywne drzwi prowadzące do przepięknej sali. Serca całej bazy. Jack wkroczył do środka i nagle stanął jak wryty, uświadamiając sobie coś bardzo ważnego. Na środku pomieszczenia, gdzie w starej bazie stała ogromna Sfera Snów z panelem kontrolnym, była jedna wielka pusta! Przecież Zołza nie stworzyła jeszcze nowej Sfery Snów! I co teraz??!!
        – No pięknie. Po prostu pięknie! – Jack krzyknął zdenerwowany w przestrzeń, obrócił się gwałtownie i niemal nie dostał zawału. Za nim stał Koszmar, który nie wiedział co ze sobą zrobić. – Na Księżyc, chcesz żebym po raz drugi wyzionął ducha? – Jack złapał się za serce lewą ręką, uspokajając nierówny oddech. – Wystraszyłeś mnie. – Koszmar zwiesił nieco łeb w geście przeprosin i położył czarne uszy po sobie. – No dobra, trzeba wymyślić inny sposób na poinformowanie pozostałych, ale nie mam pomysłu. – Jack chwycił się za głowę, zmuszając swoje szare komórki do intensywnego myślenia. Czarny koń usiadł na tylnych nogach, gapiąc się na chodzącego w tę i z powrotem chłopaka. Nagle Frost się zatrzymał.
        – Tak, to jest chyba to. Powinno się udać. Słuchaj Koszmarku – zwrócił się nagle do nowego towarzysza, przez co ten nastawił uszu. – Weźmiemy jedną ze śnieżnych kul Northa i przeniesiemy się do Kangura. Stamtąd, jak już go przekonamy, udamy się tunelami do pozostałych. Niezły plan, co? – Jack uniósł wysoko głowę do góry, dumny ze swojej inteligencji. Koń pomachał zamaszyście łbem, przyznając tym samym Mrozowi rację. Jack uśmiechnął się do niego. Chyba zaczął go lubić.
Nie czekając ani chwili dłużej, pognali do gabinetu Northa. Kiedy już tam dotarli wtargnęli do środka jak burza, to znaczy Jack. Koszmar trzymał się cały czas z tyłu, w obawie, iż ktoś go może zaatakować. Przecież ciągle był ich wrogiem. W tym samym czasie Frost dobrał się do biurka świętego i zaczął przetrząsać wszystkie szuflady po kolei. Grzebał w nich, wyrzucał przedmioty nie chowając ich z powrotem, lecz rzucał za siebie jak nic niewarte śmieci. Po minucie gabinet Northa zamienił się w pobojowisko, jednak Jack się tym w ogóle nie przejął. Przecież później posprząta. Została mu ostatnia szuflada, lecz ta była zamknięta na klucz. To zdziwiło nieco strażnika zabawy. Czyżby North miał jakieś tajemnice? Taka myśl przemknęła przez głowę chłopakowi. Nie zastanawiając się długo przyłożył prawą dłoń do zamka wypełniając szczelinę mechanizmu twardym lodem. Kiedy zabrał rękę z dziurki na klucz wyłonił się sopelek, przypominający uchwyt. Z zadowoloną miną przekręcił klucz w zamku. Jego uśmiech powiększył się jeszcze bardziej, kiedy usłyszał kliknięcie. Z bananem idioty na twarzy, otworzył zakazana szufladę i przeżył niemały zawód. W środku, oprócz starej zniszczonej księgi, było kilka śnieżnych kul, których szukał i nic więcej. Frost sięgnął w westchnieniem po jedną kulę. Pakując ją do kieszeni bluzy na brzuchu, postanowił zapakować, tak na wszelki wypadek, jeszcze ze cztery. Już miał zamykać skrytkę, ale jego oczy przykuła owa książka. Dlaczego North ją ukrył? Może jest w niej coś, co chciał ochronić? Nie myślą już za wiele, zabrał i książkę, zamknął szczelnie szufladę i wybył z gabinetu, zostawiając bałagan. Zmierzając do swojego pokoju, chłopak zaczął dokładniej przyglądać się zagadkowemu woluminowi. Zaciskając mocniej usta próbował przeczytać tytuł, ale nie dał rady. Był napisany w jakimś obcym mu, dziwacznym języku. Postanowił zajrzeć do niej, więc otworzył ją na pierwszej stronie. Tam widniał przepiękny rysunek słońca, księżyca i gwiazdy złączonych w jednym magicznym okręgu. Przechodząc przez próg pokoju przepuścił jeszcze tylko Koszmara, po czym zamknął drzwi. Nie odrywając wzroku od książki usiadł po turecku na swoim łóżku, położywszy kij obok siebie. Koszmar zajął miejsce obok posłania Frosta, czekając z niecierpliwieniem na to, co chciał zrobić białowłosy. Jack, cały czas trzymając książkę jedną dłonią, lewą dotknął ręcznie zapisanej stronicy. Delikatnie przejechał palcami po słońcu, kiedy stało się coś niespodziewanego. Rysunek rozbłysł jaskrawym złocistym światłem, przez co Jack wyrzucił książkę z rąk. Tom upadł na pościel grzbietem do góry, otwierając się na jakiś przypadkowych stronach. Frost wraz z Koszmarem oddalili się jak oparzeni od tego czegoś jak najdalej, czyli pod samą ścianę. Jack wystraszył się nie na żarty, czego dowodem były ściągnięte brwi i przyspieszony oddech. Książka nie przestawała lśnić, ale poza tym nic więcej się nie działo, więc chłopak, po kilku minutach rozważań, wziął ostrożnie błyszczący przedmiot ostrożnie i zaczął się przyglądać zapisanej odręcznym, nienagannym pismem stronicy. O dziwo, Jack mógł bez problemów odczytać treść. Wtedy zaczęło się dziać coś jeszcze bardziej zaskakującego. Frost zaczął czuć lekki ból głowy, a zaraz później obraz mu się rozmazał. Spanikowany nie wiedział co zrobić, chciał jakoś odepchnąć to wszystko od siebie, walczyć, jednakże nic mu to nie dawało. Kiedy ponownie otworzył oczy, przeżył szok. Ogromny szok. Nie wiedzieć jakim sposobem znajdował się w przestrzeni kosmicznej! Szybował wśród meteorytów, gwiazd, szczątków innych kosmicznych skał, i nie wiedzieć skąd, ale odczuwał radość. Całym sobą, jakby robił to po raz pierwszy. Wtedy mimo woli odwrócił głowę w prawą stronę. Obok niego, na równi z nim mknęła jakaś blondwłosa dziewczynka ubrana na biało. Śmiała się głośno, a jej śmiech był przepełniony szczęściem. Mimo własnej woli, on zawtórował jej, przez co blondynka obróciła się w jego stronę. Kiedy ujrzał rozświetloną twarzyczkę dziewczynki, która na oko mogła mieć z jakieś osiem, dziewięć lat, coś w nim drgnęło. Ależ ona jest podobna do Zołzy! Niemal jak dwie krople wody! Będąc pod wielkim zaskoczeniem, z jego własnych ust zaczęły wychodzić słowa o innej barwie i w niższym tonie głosu.
        – I co powie moja mała księżniczka, co? – Mała blondynka posłała zdegustowane spojrzenie w jego stronę i zatrzymała się gwałtownie w miejscu, unosząc się w przestrzeni kosmicznej. Jej do ramion włosy zafalowały, a odbijająca się od nich magiczna łuna zatańczyła wokół głowy małej.
        – Nie jestem już mała! – krzyknęła rozeźlona, splatając z obrażoną miną swoje drobne ramiona na piersi. Jack zbliżył się do niej, ukucnął, by jego głowa była na wysokości jej i obdarował zagniewaną istotkę uśmiechem.
        – Dla mnie zawsze będziesz moją małą księżniczką, wiesz? Nawet jak skończyć sto, pięćset czy tysiąc lat, na zawsze nią pozostaniesz. – Pogładził jej zaczerwieniony ze złości policzek, dzięki czemu dziewczynka na niego spojrzała. Nie minęła minuta, a mała również się uśmiechnęła. – No, taki uśmiech chcę widzieć u ciebie zawsze, zrozumiano? – rzekł do niej, udając ton dowódcy wydający rozkaz swoim podwładnym.
        – Tak jest bracie! – Blondynka zasalutowała, po czym rzuciła się ze śmiechem na niego. Po tym zdarzeniu, Jack ponownie poczuł nieprzyjemny ucisk w głowie, i nim zdążył zorientować się co się dzieje, na powrót był w swoim pokoju na biegunie, z tą cudaczną książką w ręku i z Koszmarem po swojej prawej stronie. Koś prychnął, jakby wyczuł skołowanie Frosta, ale ten zignorował je. Jack przewertował kilka stron dalej, wczytał się w tekst, tym razem przygotowany na ujrzenie kolejnej wizji. Nie pomylił się. Świat przed nim znów zawirował, a jak wrócił do normy, ponownie znalazł się w kosmosie. Zdążył się zorientować, że musi znajdować się w obcym ciele, i że to są czyjeś wspomnienia. Musiał się dowiedzieć czyje. Tym razem przechadzał się po jakimś pustkowiu, gdzie było pełno szarych skał i pyłu w tym samym kolorze. Kłębiło się w nim wyczekiwanie, jakby czekał na coś bardzo ważnego. Przechadzał się w tę i wewte z rękoma złączonymi za plecami.
        – Musisz się lepiej skoncentrować. Potrafisz to. Tylko się skup. – Takie słowa wypłynęły z jego ust.
        – Przecież robię to tak, jak mnie uczułeś! – Usłyszał głos tamtej dziewczynki z poprzedniej wizji, lecz ten był nieco dojrzalszy. Ciało w jakim się znajdował obróciło się w lewo i Jack ujrzał znajomą blondynkę wyglądającą na nieco starszą. Przypominała mu teraz bardziej dwunastolatkę. Stała z rękami wyciągniętymi przed siebie. Miała mocno ściągnięte brwi i usta zaciśnięte w cienką linię. Nagle wypuściła z siebie powietrze, padając na srebrzystą glebę tyłkiem, wzbijając małe tumany kurzu. – Nie wychodzi mi to. Jestem do niczego, Mim. – Zrezygnowana dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. Ciało, w którym przebywał obecnie Frost ruszyło ku niej. Usiadło obok i objęło ją opiekuńczo ramieniem.
        – Nie pozwalam ci tak mówić, siostro. W przyszłości będziesz potężną i wspaniałą Gwiezdną, zobaczysz.
        – Jak mam nią być, skoro nie potrafię wytworzyć głupiego światła? – Blondwłosa spojrzała na niego, a w jej oczach czaiła się irytacja. Jej oczy były identyczne z oczami Manen, ta barwa źrenic, sposób w jaki patrzyły... Ale jednocześnie były inne. Oczy Mo były smutne, iskierki w nich ledwo się tliły, a te należące do tej dziewczynki buchały świetlanym ogniem nie do poskromienia.
        – Ja w twoim wieku też miałem z tym problem, a przecież mam tylko jedną domenę. Ty masz aż dwie, dlatego tobie jest jeszcze ciężej się tego nauczyć, ale ja w ciebie wierzę, Mo. Zobaczysz, będziesz silniejsza ode mnie...
        Mo...
        – Mim, dziękuję. Jesteś najlepszym bratem, jakiego można sobie zażyczyć. – Młodsza wersja Mo wtuliła się w Mima-Jacka, a ten objął ją czule ramionami.
        – Pamiętaj, że jestem twoim jedynym bratem, księżniczko. – W odpowiedzi zaśmiał się głośno i przewrócił siebie i Manen na plecy. Blondynka pisnęła zaskoczona, ale zaraz i ona wybuchła gromkim śmiechem. – Ty i ja jesteśmy na siebie skazani, więc nie masz innego wyboru. Musisz mnie uwielbiać.
        – Oo, patrzcie patrzcie. Narcyz się odezwał!
        – Coś ty do mnie powiedziała, ty mała smarkulo? – Ciało, w którym przebywał Jack zawisło nad śmiejącą się Mo. Jej śmiech był tak szczery, dźwięczny, aż niemożliwy. – Mylisz się, najdroższa siostro. Ja jestem twoim idealnym starszym bratem i drugą połową ciebie. Więc, skoro ja jestem narcyzem, co absolutnie – niemal wykrzyczał – nie jest prawdą, to ty też nim jesteś. Jesteśmy duetem. – Na koniec wyszczerzył się jak głupi do sera. Mo po nim przewróciła jedynie oczami.
        – Jedno wiem na pewno. Jesteś... niemożliwy. – Westchnęła blondynka i oboje zaczęli się śmiać.
        Mo... więc... Więc to jest Mo?! To naprawdę ona??!! Taka młoda... O, na Księżyc, czyżby to były wspomnienia... jej brata?! Jack nie mógł wierzyć w to, co widzi. Odebrało mu mowę. Kiedy wrócił do rzeczywistości, siedział jak sparaliżowany na wygodnym materacu, nie mogąc wydusić z siebie choćby jednego słowa. Koń podszedł do niego. Szturchnął go lekko w ramię, lecz Jack nie zareagował. Popatrzył za to na trzymaną przez siebie książkę, zamknął ją powoli i odłożył na pościel. W głowie strażnika zabawy zrodziły się kolejne pytania, na które musiał znaleźć odpowiedź, jakby od tego zależało jego dalsze życie. To chyba jest dziennik brata Zołzy, ale skąd on u licha wziął się u Northa w biurku?! Może Mo sama mu go oddała na przechowanie... nie. Nie zrobiłaby tego. A co, jeśli ona nie wie, że North go ma, co jeśli ona w ogóle nie wie o jego istnieniu? Nie patrząc na to, iż prawie stratował sennego konia, ruszył na środek pokoju, wyciągnął jedną śnieżną kulę z kieszeni, po czym rzucając nią o podłogę otworzył portal do Nory Zająca Wielkanocnego. Zanim do niego wskoczył, złapał za ogon Koszmara i zniknął w kolorowym świetle, zostawiając dziennik Mima na swoim łóżku.


        Jack nie podejrzewał, że właśnie wszedł w posiadanie czegoś, co może zmienić los nie tylko galaktyki, ale również samej Manen, bowiem ta niepozornie wyglądająca książeczka, zawiera tajemnice o jakich sam strażnik czasu nie ma pojęcia. Prawdę o losach Gwiezdnych, wskazówki, jak w pełni opanować gwiezdną moc, oraz jak przywrócić do życia Upadłego...  


______________________________________________________


        
        Witajcie Kochani! Przybywam z nowym rozdziałem, w sumie to spóźniona. Dlaczego? Ponieważ on w ogóle nie powinien się dzisiaj ukazać! Dopiero, co skończyłam go pisać. Jest niesprawdzony, z błędami i w ogóle do niczego. Jednym słowem: jest ZŁY. Przyznaję, ze mogłam się lepiej postarać, ale uwierzcie mi, nie mogłam. Nie potrafiłam... Dopadł mnie smutek i tak nie zdołował, że straciłam wenę niemal na cały tydzień. Totalna porażka.
        Rozdział zbetowała, jak zwykle Sovbedlly :D. Chciałam jeszcze tylko powiedzieć (napisać), iż ostatnio jakoś mniej się Was zrobiło. Odnotowałam mniejszą ilość wejść na bloga, co trochę mnie zasmuciło. Nie wiem, czym może to byś spowodowane. Jeśli coś jest nie tak, nie podoba się Wam, to piszcie mi. Postaram się jakoś temu zaradzić :)
        No dobrze, na tym zakończę swoje biadolenie. Mam nadzieję, że nie rozczarowałam Was tym rozdziałem, inaczej moje serduszko rozleci się na miliardy kawałeczków... ;( Do usłyszenia niebawem, gwiazdeczki moje,
        wasza Moonlight. 

Obserwatorzy