8/08/2017

Rozdział 17 - Kolejna kłótnia


             Niezgoda.
             Jakże niebezpieczna. Zasiana między ludźmi, pielęgnowana przez lata, podsycana niczym rosnący ogień potrafi zniszczyć choćby najtrwalsze i najdłuższe sojusze. Zresztą, nie tylko je. Związki, przyjaźnie budowane latami w kilka chwil mogą popaść w zapomnienie. Dlaczego jest ona aż tak groźna? Czy kłótnie i zawiść można raz na zawsze pokonać? Uwolnić się spod ich trującego jarzma? Jaka jest cena absolutnej szczerości?
             Wielu próbowało walczyć. Wielu, oj wielu, lecz wszyscy jednak polegli. Niezgoda bowiem jest nieodłącznym elementem naszego życia. Jeśli sami pokonamy tkwiącą w nas zawiść, to uwolnimy nasze udręczone serca od wiecznego bólu, którego źródłem bywa chociażby nienawiść do samego siebie.
             Nauczmy się wybaczać. Wybaczenie jest lekarstwem na większość sporów. To właśnie ono pozwala iść dalej. Jest początkiem uwolnienia własnej duszy. Pozwólmy innym, by nam pomogli. Przyjmijmy to, co oferuje nam świat i nie zazdrośćmy innym. Cieszmy się tym, co mamy, bo bardzo szybko możemy to straci
i często na zawsze...

***

             Do Manen nie docierało to, co się stało. Opuściła go tylko na chwilę... Na chwilę! A wróg to bezwzględnie wykorzystał. Dziewczyna czuła, że nie jest na siłach choćby wstać. Rosnący ból w jej żebrach zaczynał przyćmiewać absolutnie wszystko. Jedyną rzeczą, o której była w stanie myśleć – oprócz Amora – było to, by obecni przy niej strażnicy – przyjaciele – zniknęli. Nie chciała, by patrzyli na to, co się z nią działo. Świadomość tego, że może już nigdy nie ujrzeć swojego Amora, sprawiała, że czuła niemal identyczny ból oraz rozpacz, co po stracie brata. To było nie do zniesienia. Chciała zapaść się pod ziemię.
             Jak ona mogła zostawić go samego?!

             Jack, podobnie jak reszta, zbliżył się do gwiezdnej strażniczki. Nie wiedząc, co powinien uczynić, a słowa ugrzęzły mu w gardle, postanowił jedynie położyć rękę na ramieniu dziewczyny. Jednak nim jego dłoń zetknęła się z materiałem jej skórzanej, czarnej kurtki, ona odepchnęła ją.
             – Nie dotykaj mnie – szepnęła, nie patrząc nawet na niego. Jej wzrok był utkwiony w podłodze. Frost chciał to jakoś skomentować, ale powstrzymał się, kiedy zobaczył, jak strażnik czasu dawał mu znak głową, by sobie darował. Więc tak uczynił. Cofnął rękę i zrobił krok w tył. Na jego twarzy zagościł smutek oraz rozczarowanie. Poczuł się odepchnięty i to go najmocniej zabolało. Przecież między nim a Mo nie było już takiej nieufności oraz wrogości, jak na początku, a mimo to Mo wciąż go od siebie odpychała. Było kilka momentów, w których to ona przejmowała inicjatywę, zaś z kolei to on ją odtrącał. Nie rozumiał tego. Jeszcze z nikim nie miał takich trudności w nawiązywaniu wspólnej nici porozumienia. Nawet z Zającem udało mu się jako tako zaprzyjaźnić...
             – Co teraz? – Jako pierwszy odezwał się Aster, który popatrzył na każdego z osobna z nadzieją, że któryś z jego przyjaciół wpadnie na jakiś pomysł. North zaczął się przechadzać to w jedną, to w drugą stronę, jednocześnie splatając dłonie za plecami. Począł gorączkowo myśleć nad rozwiązaniem, które jakoś niespecjalnie chciało wpaść mu do głowy.
             – Nawet nie wiemy, gdzie dokładnie go zabrano... – Ząbek usiadła obok Mo na podłodze, chcąc przytulić do siebie dziewczynę, lecz ta wyrwała jej się z objęć. Poderwała się nagle do góry i oddaliła od pozostałych. Wylądowała kilka metrów dalej, przy oknie, gdzie ciepłe promienie słońca wlewały się do sali głównej.

             Oparła się rękami o lodowy parapet i ze spuszczoną głową patrzyła, jak jej własne łzy kapią na białą powierzchnię. Starała się nie rozryczeć, bo przecież wiedziała, że płacz jej w niczym teraz nie pomoże. Powinna zebrać się w sobie i zacząć działać. Rusz się!, nakazała sobie w myślach, jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Odniosła wrażenie, jakby jej dolne kończyny wrosły w lodową posadzkę. Rusz ten leniwy tyłek i pomóż swojemu Amorowi!!!, krzyczała na siebie i tym razem przyniosło to jakieś efekty. Złość i ból połączone razem wypełniły jej serce, przez co poczuła w sobie nowe siły. Wyprostowała się nagle, dumnie wypinając swoją imponującą klatkę piersiową do przodu. Wytarła dłońmi resztę łez z twarzy i przyjrzała się swemu własnemu odbiciu w oknie. Zobaczyła dziewczynę, która była na granicy rozpaczy, a w takim stanie można popełnić najgłupsze błędy, doprowadzając tym samym do jeszcze większego nieszczęścia. Mo patrzyła na samą siebie. Nawet ona dostrzegła zmiany, jakie w niej zaszły, i nie chodziło tu o te z przemiany w Light'a. Miała przed sobą kobietę, której odebrano mężczyznę. Mężczyznę, którego kocha, a to zasługiwało na najcięższą karę. Na najstraszliwszą zemstę, jaką może wymierzyć tylko i wyłącznie zraniona kobieta.
             – Nie pozwolę go sobie odebrać, po moim zimnym trupie – syknęła pod nosem wściekle niczym osa. Dłonie zacisnęła w pięści tak mocno, aż pobielała jej skóra na kostkach. Wciągnęła powietrze przez nos, po czym odrzuciła lewą ręką blond włosy do tyłu. Wokół niej pojawił się srebrny pył, który począł wirować i, nim reszta strażników zdążyła pojąć, co się dzieje, Gwiezdna zniknęła.
             Postanowiła nie marnować czasu. Dosyć już go straciła na biegunie, dlatego teraz nadszedł czas, by wziąć sprawy w swoje ręce. Podjęła decyzję. Nadszedł dzień, w którym wrota Księżycowego Grobowca zostaną otwarte. Po prawie tysiąc pięciuset latach... Amor był tego wart.

             Czas nie potrafił pojąć, jak to się stało, że nie upilnował tej dwójki. Jak mógł dopuścić do tego, by Mo i Amor zaszli w swojej relacji aż tak daleko? To się źle skończy, powtarzał w myślach. Był tego niemal pewien. Nie chciał pod żadnym pozorem dopuścić do tego, by kolejny Gwiezdny zakochał się w ziemianinie. To ją zniszczy. Zniszczy i zabije...! Czas zaczął powoli panikować. Jego zdenerwowanie nie umknęło czujnym oczom Northa i Piaskowego Ludka, którzy wymienili między sobą ukradkowe spojrzenia. W tym samym momencie kiwnęli ledwo zauważalnie głowami. 
             – No ten... ekhem, gdzie mogła się udać Mo? – spytał strażnik zachwytu.
             – Chyba nie poszła sama szukać tych Sióstr, co nie? – Zębuszka popatrzyła przerażona na każdego z przyjaciół.
             – Ta dziewczyna do reszty oszalała... – Czas mruknął pod nosem, jednak nie tak cicho, jak zamierzał, gdyż wszystkie spojrzenia skierowały się w jego stronę. – Jak tak dalej pójdzie, to cała dynastia wymrze! – Bezradny starzec nie wiedział już, co począć. Stellarum nie pozostawiła mu wyboru. Jeśli nie zacznie zachowywać się racjonalnie, cała prawda o jej prawdziwym pochodzeniu wyjdzie na jaw i dopiero wtedy będą mieć poważny problem.  
             – Czy dowiemy się wreszcie czegoś? – Aster spojrzał wyczekująco na strażnika czasu, jednocześnie przygotowując się do wyduszenia ze staruszka upragnionej odpowiedzi. Czas czuł, że został postawiony pod ścianą. Spojrzenia wszystkich były skierowane właśnie na niego, a on nie wiedział, co zrobić. Wyjście z obecnej sytuacji stało się dla niego odległe niczym samo słońce. Dłonie starego zrzędy spociły się, dlatego wytarł je szybko o magiczną szatę. Czas zrozumiał, że dłużej prawdy ukrywać nie może. To koniec.
             – Ja... ja nie mogę powiedzieć. – Czas zwiesił głowę z rezygnacją. – Wybacz, Asterze i reszto, ale pytacie o sprawę, której nie wolno mi wyjawić. To rozkaz od samego Księżyca.
             – Od samego Księżyca?! – Jack wlepił zdziwiony wzrok w strażnika czasu. – To... to ma związek z naszym nowym wrogiem? – Stary Piernik nawet nie spojrzał na białowłosego, jedynie nerwowo przeczesał swoją długą, białą brodę patykowatymi palcami, gorączkowo unikając spojrzeń pozostałych obecnych strażników. – Odpowiedz! – Jack czuł głęboko w sobie, że jest coraz bliżej odpowiedzi na pytania, które dręczą go od pewnego czasu. Odkąd na jego drodze pojawiła się Gwiezdna, wszystko, całe jego wyobrażenie o Panu Księżycu i o świecie, w jakim dotychczas żył, zaczęły się diametralnie zmieniać. Wyszło w końcu na to, że tak na dobrą sprawę w ogóle nie wiedzą, kim jest Lunar! Jaka jest ich prawdziwa rola i z jakiego jeszcze powodu zostali strażnikami. No i co wydarzyło się tysiące lat temu. Wydarzenie sprzed wieków, w którym zginął Tsar Lunar i w którym został wskrzeszony przez tajemniczą Dominę Stellarum, która to z kolei zaginęła. Pozostała jeszcze jedna kwestia: Manen. Kim ona tak naprawdę jest? Tyle niewiadomych, tyle elementów do siebie niepasujących... Wszystko ginie w gąszczu tajemnic i niedomówień. Gdyby tylko Jack wiedział, że odpowiedź tak usilnie przez niego poszukiwana jest tuż pod jego nosem... że elementy układanki jednak do siebie pasują i tworzą banalnie proste rozwiązanie...
             – Nie mogę. Po prostu nie mogę. Obiecałem, że nawet gdyby się waliło i paliło, nie wydam prawdy. Od tego zależy bezpieczeństwo pewnej osoby. W przyszłości ten ktoś zajmie miejsce Pana Księżyca. – Czas powiódł zmęczonym wzrokiem po zebranych, zatrzymując się na Jacku.
             – Że co?! Zastąpić Pana Księżyca? – Zając Wielkanocny aż upuścił swoje bumerangi z wrażenia. Ząbek zaś zapatrzyła się na strażnika czasu, przez co zderzyła się w locie z Piaskiem. Oboje runęli na podłogę, chwytając się za obolałe głowy, gdzie już zaczęły wyrastać im niemałe guzy. North jedynie otworzył szerzej oczy, wlepiając je w strażnika czasu, jakby ten powiedział mu właśnie, że Gwiazdka została odwołana. Mikołaj wiedział, że Mo była kimś ważnym, jednak nikt go wcześniej nie poinformował o tym, iż Pan Księżyc wyznaczył sobie następcę, a w tym przypadku następczynię.
             – To ta cała Domina Stellarum, prawda? O niej mówisz. – Jack podszedł do staruszka jeszcze bliżej. – Jeśli ktoś miałby zastąpić go, to właśnie ona. Przecież to dzięki niej on nadal żyje!
             – Nic więcej nie powiem! – Czas, jakby nabierając nowej energii, wyprostował się nagle i z wojowniczą postawą ruszył w stronę Frosta. Jego opanowanie, które zazwyczaj gościło na postarzałej twarzy, powróciło ze zdwojoną siłą. – Zapomnijcie o tym, co wam powiedziałem. Tak będzie najlepiej, a teraz udajmy się w pościg za Starlight. Wiem, dokąd się udała. – Jack już chciał zaprotestować, ale North powstrzymał go, kładąc mu swoją rękę na ramieniu chłopaka. Frost spojrzał na niego z wyrzutem. Chciał dochodzić prawdy. Poznać odpowiedzi.
             – Nie, Jack. To nie jest dobry moment na kłótnie. Musimy znaleźć Manen.

             Tymczasem Gwiezdna imieniem Manen właśnie pojawiła się w miejscu, które dla większości nieśmiertelnych, nie wspominając o zwykłych ludziach, było niedostępne. Dumnym, aczkolwiek szybkim krokiem zmierzała do kamiennego łuku-bramy prowadzącego na otwarte morze. Dla niewtajemniczonych mogłoby się to wydawać dziwne. Przecież u brzegu morza, gdzie wokół rozpościerała się przepiękna laguna, nie było nic, co by mogło wskazywać na ukrycie tu ogromnego grobowca. Zatoka Księżycowa, bo taką właśnie nazwę nosił malowniczy zakątek, do którego zawitała Gwiezdna Księżniczka, był w rzeczywistości miejscem ukrycia nie tylko grobu Lunara, ale także portalem, które przenosił do innego wymiaru. Miejscem, gdzie granica pomiędzy śmiercią a życiem zacierała się. Miejscem, gdzie za wielkimi wrotami została zamknięta i zapieczętowana dusza samego cesarza księżycowego - Tsara Lunara.
             Mo weszła śmiało do przejrzystej morskiej wody, która co jakiś czas spokojnie uderzała o brzeg plaży. Gdy zanurzyła się do połowy, jednocześnie przekraczając bramę, obok niej jak na zawołanie pojawiły się dwie syreny. Wartowniczki wyłoniły się z wody, przyjrzały się przybyłemu intruzowi, a gdy rozpoznały Manen, natychmiast skinęły głowami w geście szacunku oraz powitania. Gwiezdna minęła je bez słowa, wchodząc coraz głębiej. W pewnym momencie zabrakło jej gruntu pod gołymi stopami, jednakże nie przeszkodziło jej to w dostaniu się do celu. Zaczęła płynąć ku kolejnej łukowatej bramie znajdującej się na dnie. Nie obawiała się, że zabraknie jej powietrza, była dobrą pływaczką. Jak tylko jej stopy sięgnęły dna, zaczęła iść wolno przed siebie. Uniosła prawą dłoń, która rozbłysła. Mo wyciągnęła ją przed siebie wyprotowaną. Skoncentrowała wszystkie myśli na kluczach, które poczęły pojawiać się przed nią. Przed gwiezdną zmaterializowała się duża podwodna brama, której powierzchnię zdobił ogromny rzeźbiony symbol: słońce, księżyc i gwiazda, wszystkie razem. Herb rodu Lunarów. Wysadzane kamieniami księżycowymi i lazurytami wrota zalśniły potężnie, stawiając opór. Nie chciały się otworzyć, lecz Manen była na to przygotowana. Ze światła wyjawiło się pięć zamków, a gdy lśnienie nieco przygasło, przed wyprostowaną ręką blondynki pojawiły cztery klucze. Specjalne, przez nią samą stworzone z księżycowych kamieni klucze wpasowały się w odpowiednie otwory. Jeden pozostał pusty. Ten właśnie klucz był strzeżony przez Amora i zniszczony przez Mroka podczas ich ostatniej walki. Brama nie chciała ustąpić. Mo czuła, że zaczyna jej brakować tlenu. Wypuściła z ust trochę zużytego powietrza, które to w postaci bąbelków poszybowały wężykiem do góry. Jedna z syren pełniących wartę podpłynęła do gwiezdnej strażniczki. Ta spojrzała na morskie stworzenie i na to, co trzymała piękna syrena w dłoni. Był to jakiś wodorost, ale za to nie byle jaki. Mo wzięła od syreny morską roślinę, po czym włożyła ją sobie do ust. Szybko przeżuła wodorost, bo w smaku był po prostu obrzydliwy. Po zaledwie kilku sekundach poczuła, jak jej płuca wypełniają się świeżym tlenem. Zupełnie jakby wypłynęła na powierzchnię i zaczerpnęła porządnego wdechu. W podzięce uśmiechnęła się do syrenki i skinęła lekko głową. Syrena odpłynęła, dołączając do swojej towarzyszki i razem z nią obserwowała poczynania Gwiezdnej. Jako początkujące wartowniczki pierwszy raz miały do czynienia z kimś spoza ich podwodnego świata. Słyszały o Gwiezdnych i o tym, że to oni są ich zwierzchnikami, jednak żadnego na oczy jeszcze nie widziały, aż do dzisiaj. Młoda strażniczka gwiazd wydała im się oczywiście piękna, ale także silna, dumna i, jak podają legendy, posiadała królewski sposób bycia. Aurę, której nie szło pomylić z niczym innym. To musiał być ktoś z rodu Lunarów, tłumaczyły sobie. W tym samym czasie Mo skoncentrowała się jeszcze bardziej. Postanowiła siłą otworzyć przeszkodę, używając do tego nowo nabytych mocy. Sama jeszcze nie wiedziała, jak wielką siłę zdobyła, stając się Light'em, jednak nie miała czasu na treningi. Musiała uratować miłość swego życia. Amor stał się całym jej światem i nie zamierzała pozwolić, by stała mu się jakakolwiek krzywda. Zajrzała w głąb duszy, do samego środka. Do miejsca, gdzie kłębiła się jej największa siła. Wokół niej woda zawrzała. Ryby przepływające akurat koło niej pouciekały jak najdalej. Wielka, srebrzysta brama zatrzęsła się i zaczęła otwierać. Herb rodowy rozświetlił się potężnym światłem, przez co dwie syreny musiały zasłonić oczy. Blask był oślepiający. Zadowolona Manen zbliżyła się do przejścia, które otworzyło się w pełni, ukazując widok co najmniej zaskakujący. Po drugiej stronie, jak mogło się wydawać, wcale nie było już dna morskiego. Owszem, jego obraz był rozmyty przez wszędobylską wodę, jednak gdyby bliżej się przyjrzeć, można było ujrzeć... łąkę. Łąkę pełną przepięknych kwiatów. Nad wzgórzami królowało letnie, pogrążone w wiecznym zachodzie słońce wraz z księżycem dopiero co wstępującym na wieczorne, późne niebo w pełni. Ponadto gdzieniegdzie na nieboskłonie odznaczały się pierwsze gwiazdy. Mo zrobiła pierwszy krok, jednocześnie przechodząc do innego wymiaru. Do świata zawieszonego między bytem a niebytem. Uczucie temu towarzyszące było podobne do tego, w którym przestawało się odczuwać grawitację. Gwiezdna znała już to uczucie. Doświadczała go za każdym razem, gdy wracała z Ziemi do przestrzeni kosmicznej, jednakże dla kogoś, kto nie miał przyjemności obcować z czymś takim, taka nagła utrata ciężkości mogła się wydawać dość dziwnym doświadczeniem. Jak tylko blondynka postawiła drugi krok, całkowicie przekroczyła granice światów i, tak jak za każdym razem, gdy tylko znalazła się pod drugiej stronie, jej wygląd zewnętrzny się zmienił, bowiem każdy, kto przestępował do tego świata, przybierał swoją prawdziwą postać. I tak właśnie z rockowej awanturnicy i wojowniczki Manen przemieniła się w Stellarum, władczynię wszystkich gwiazd. Skórzane spodnie, koszulka i kurtka zostały zastąpione przez olśniewającą suknię podobną do tej, w której przebudziła się jako Light kilka dni temu, z tą różnicą, że ta była niemal biała, a diadem zdobiący jej głowę stał się większy i teraz bardziej przypominał koronę. Jej włosy, zazwyczaj proste, teraz powiewały unoszone przez niewidzialny wiatr w subtelnych falach opadających aż do pasa. Ich kolor, tak jak za każdym razem, gdy tu wchodziła, zmieniał się ze złocistego blondu na srebrzysty. Tak właśnie wyglądała w rzeczywistości, jako Domina Stellarum, siostra obecnego Tsara Lunara. Jego następczyni. Dziewczyna ruszyła przed siebie, lecz tym razem już się nie spieszyła. Szła wolnym krokiem, ponieważ dotarła na miejsce. Gdy przedzierała się przez zapierające dech kwiatowe zastępy, po jej bokach zaczęły pojawiać się wysokie latarnie. Wykonane z błyszczącego srebra oraz misternie rzeźbione jakby witały Gwiezdną, prowadząc ją do domu jej brata. Tego, którego nie wolno jej choć na sekundę zobaczyć. Zrobiła jeszcze kilka kroków, gdy nagle zza wzgórz wyłoniła się cudowna budowla. Pałac w całości wykonany z kryształów księżycowych wyrósł jakby z podziemi, porażając wszystko wokół swoim majestatem. Mo zatrzymała się przed wrotami grobowca, tymi samymi, które sama tworzyła prawie tysiąc pięćset lat temu. To właśnie wtedy zamknęła je ostatni raz. Wtedy pożegnała się z bratem z wiedzą, że już go nigdy więcej nie ujrzy. Tamten dzień, po wybudzeniu z niemal dziesięcioletniej śpiączki, zapadł jej najbardziej w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy jej ukochany, jedyny brat przestał dla niej żyć. Straciła go, na zawsze. Aby uczcić jego pamięć i jakoś ulżyć sobie w bólu, stworzyła właśnie ten oto gmach, który później nazwano Księżycowym Grobowcem. Pałac, w którym niegdyś mieszkała jej wspaniała i potężna rodzina, przerobiła na coś bardziej okazalszego, donioślejszego. Na grób. Mo potrząsnęła lekko głową, wprawiając w mocniejsze falowanie swe lśniące magicznie włosy. To było dawno. Wtedy nie wiedziała, jak potoczy się jej przyszłość. Teraz sytuacja się zmieniła. Z biegiem czasu zrozumiała, co to znaczy być strażnikiem gwiazd. Co to znaczy należeć do dynastii Lunarów. Gdy wróg czeka u bram, gdy zagraża pokojowi, należy sięgnąć po broń. Być w gotowości. Jako przyszła królowa miała obowiązek chronić swoich poddanych, przyjaciół no i rodzinę. Sentymenty muszą odejść w niepamięć. Teraz to ona była odpowiedzialna za cały świat. Za ten sam świat, który do upadłego bronił jej straszy brat. Ona zamierzała postąpić tak samo. Dlatego odetchnęła głęboko. Zdecydowała. Pchnęła kolosalne wrota zamku, zaś te otwarły się, ukazując drogę przez przepiękny dziedziniec do dalszej części spektakularnej budowli calutkiej z kryształu.

             W tym samym momencie ktoś, kto od wieków był uwięziony w kryształowym zamczysku, wyczuł znajomą mu, jednak odrobinę zmienioną, potężną aurę. Znał ją doskonale i pomimo różnic rozpoznał ją bez trudu. Jego serce automatycznie zabiło mocniej, radując się co niemiara. Jego malutka gwiazda. To na pewno ona. Był tego pewien. Jednak po chwili ogromnej radości nadszedł strach oraz panika. Co ona wyprawia?, pomyślał. Dlaczego tu się zjawiła? Będąc zamkniętym od tylu wieków, nie miał żadnego kontaktu ze swoją małą gwiezdną księżniczką. Medium ich wiążące uniemożliwiało jakikolwiek kontakt między nimi. Choćby jedno spojrzenie było absolutnie zakazane. Tylko tak mogli dzielić ze sobą duszę, będąc od siebie jak najdalej, bez żadnego kontaktu. Tęsknota za nią była z każdym dniem coraz większa. Do dzisiaj nie mógł wyjść z podziwu, iż to jej udało się dokonać tego, czego jemu nie. Gdyby tylko znała prawdę... Mo, nie możesz tu być, choć tak bardzo chciałbym cię chociaż raz ujrzeć, zobaczyć, jak bardzo się zmieniłaś, dorosłaś... Tylko jeden raz... ale wiem, że to niemożliwe. Nawet dla Tsara Lunara... 

             North wraz z pozostałymi strażnikami udali się do podziemnego garażu. Tam czekały na nich lśniące sanie zaprzęgnięte w osiem reniferów, które już nie mogły doczekać się kolejnej podniebnej jazdy. Mikołaj ucieszył się wraz z Zębuszką jak małe dzieci, gdy Czas wyjawił im cel ich podróży. Zapał Zająca Wielkanocnego został przygaszony, kiedy okazało się, że ma lecieć saniami z pozostałymi. Automatycznie jego uśmiech zrzedł, co Jack wręcz musiał skomentować w typowy dla siebie sposób. 
             – Ooo, kangurek nadal boi się latać? – Białowłosy strażnik zabawy minął Zająca, robiąc w jego kierunku prześmiewczą minę. Natomiast uszaty już miał idealną ripostę na końcu języka, ale North złapał go za kabury od bumerangów i siłą posadził w saniach na tyłach. Jego pewność siebie wyparowała w sekundę, uszy położył po sobie, a pazurami jak zawsze zarysował błyszczący lakier.
             – Nie... ja nie chcę..! – wykrzyczał spanikowany, jednak nikt go nie słuchał. Reszta zapakowała się do sań pospiesznie, by jak najszybciej udać się do Księżycowej Zatoki.
             – Przesadzasz, przecież nie ma to jak saneczki! – North obejrzał się przez ramię, posyłając pasażerom szeroki uśmiech. Aster przełknął nerwowo ślinę. W oczach Mikołaja dostrzegł ten znajomy, szaleńczy blask. To po nas..., pomyślał załamany strażnik nadziei. 
             – Nie mogę uwierzyć, że jedziemy zobaczyć prawdziwe syrenki! – Zębuszka aż nie mogła się powstrzymać przed uśmiechaniem. Złapała cała podekscytowana Jacka za rękę, przez co chłopak lekko się zarumienił. Takie gesty ze strony strażniczki wspomnień były dość częste, jednak za każdym razem reagował na nie tak samo - z lekkim zawstydzeniem, ale szybko się uspokajał.
             – Ruszajmy! Im prędzej tam dotrzemy, tym szybciej znajdziemy Manen. Mam tylko nadzieję, że nie popełni żadnego głupstwa. Zakochany Gwiezdny to poważny problem... – Czas potrząsnął głową z niezadowoloną miną. Jego słowa zwróciły za to uwagę wszystkich pozostałych strażników.
             – Zakochany?! – wykrzyczeli wspólnie. Staruszek zreflektował się. Pogładził swoją przydługawą brodę nerwowo kilka razy, zdając sobie sprawę z tego, że popełnił gafę. Nie pozostało mu nic innego, jak wyjaśnić sytuację.
             – Czy wy naprawdę tego nie dostrzegacie? Nie widzicie, że Manen i Amor są w sobie, aż ciężko mi to przyznać, po uszy zakochani?

             Chłód, a raczej niemiłosierne zimno dawało mu się we znaki coraz bardziej i wcale nie pomagało w nieodczuwaniu bólu. Wręcz przeciwnie. Skrajnie minusowa temperatura tylko pogarszała jego stan, sprawiając, iż jego wewnętrzny płomień ledwo się tlił. Do tego dochodziły te więzy, które skutecznie unieruchamiały jego do krwi poranione dłonie. Kompletnie przemoczony, zziębnięty oraz wyczerpany Amor siedział przywiązany do tego samego stalagmitu. Na głowę kapała mu woda z wysoko powyrastanych ze skalnego sufitu stalaktytów. W mroku, który królował w podziemnej jaskimi, skały te mogły na pierwszy rzut oka przypominać zębiska jakiegoś ogromnego stwora, a sama jaskinia jego paszczę. Amor tak właśnie się czuł. Jak nieszczęśnik, który zrządzeniem losu trafił do śmierdzącego śmiercią pyska potwora. Odpuścił sobie próby ucieczki czy chociażby rozerwania więzów. Za każdym razem, gdy próbował się jakoś uwolnić, magia tkwiąca w linach skutecznie go powstrzymywała, zadając mu ból i odbierając energię życiową. Jako nieśmiertelny nie mógł umrzeć, jednakże taki rodzaj magii nadawał się idealnie do unieruchomienia go. Była taka chwila, w której mroczna moc niemal całkowicie pozbawiła go przytomności, jednak myśl o jego złotowłosej ukochanej nie pozwalała mu się poddać. Musiał to przetrwać. Wytrwać tak długo, aż jego gwiazdka przybędzie mu z pomocą. Był pewien, że tak się stanie. Z drugiej zaś strony wiedział, że to pułapka. Że jest swego rodzaju przynętą, by zwabić Gwiezdną. Na samą myśl o tym Amor czuł nieposkromiony gniew. Nie chciał dopuścić do tego, by jego ukochanej stała się krzywda, choćby najmniejsza. Znał ją jak mało kto i wiedział, że prędzej czy później znajdzie go i wtedy rozpęta się wojna. Walka światła z ciemnością, jak to powiedział mu jego tajemniczy porywacz kilka chwil temu. Qupido czuł to całym sobą. Czystą i niepohamowaną nienawiść, która kłębiła się w podziemiach. Czekała jedynie na dogodny moment do ataku. Amor westchnął ponuro. Czuł głęboko w środku, że ich wróg dopiero pokaże, na co go stać. Mo, uważaj na siebie..., pomyślał uwięziony strażnik miłości.

             Jack nadal nie mógł uwierzyć w to, co powiedział im strażnik czasu. Jak to zakochani po uszy?! Przecież ich relacja wyglądała zawsze na czysto przyjacielską. Nie okazywali sobie czułości, jakimi zazwyczaj obdarowują się wzajemnie pary, ale co on mógł wiedzieć o takich rzeczach? Był strażnikiem zabawy, nie ekspertem miłosnym. Poza tym Amor i Mo w ogóle mu do siebie nie pasowali. No bo jak? Mówią, że przeciwieństwa się do siebie przyciągają, a oni... Są zbyt podobni do siebie. Ponadto kłócili się, przepychali, często też wyzywali, ale... no właśnie. Czasami można było zaobserwować między nimi coś dziwnego. Taką jakby granicę. Przypominali sobie o niej, gdy zanadto się zapominali lub ktoś ich na czymś nakrył. Na przykład na rozmowach w cztery oczy. Ponadto Jackowi zawsze się wydawało dziwne to, że jak tylko Amor znajdował się w pobliżu Gwiezdnej za długo, Czas pojawiał się znikąd i rozdzielał tę dwójkę. Teraz już wiadomo dlaczego. Mo i Amor. Razem. Zakochani. Frostowi nadal nie mieściło się to w głowie.
             – Docieramy do celu! Zapnijcie mocniej pasy! – krzyknął North przez ramię do swoich pasażerów. Czas odruchowo rozejrzał się po bokach w poszukiwaniu pasów bezpieczeństwa, ale żadnych nie znalazł.
             – Tu nie ma żadnych pasów.
             – To tylko taki żart... trzymajcie się, lądujemy!
Renifery pociągnęły sanie w dół, jednocześnie skręcając przy tym ostro w lewo, dzięki czemu pojazdem porządnie zatrzęsło. Aster nie wiedział już, czego się złapać, dlatego przysunął się bliżej Piaskowego Ludka, który czerpał to, co najlepsze z podniebnej wycieczki. Kiedy Piasek unosił wysoko swoje małe rączki do góry, w stanie najprawdziwszej euforii, Zając przytulił się do niego z autentyczną paniką wypisaną na mordce. Schodzili coraz niżej i niżej, mimo to prędkość wcale nie malała. Strażnik nadziei zmówił wszystkie znane sobie modlitwy, wyczekując nieuchronnego zderzenia z ziemią, jednak ono nie nastąpiło. Zamiast tego sanie delikatnie opadły na piaszczysty grunt w towarzystwie rżenia reniferów i śmiechów pozostałych nieśmiertelnych. Aster był w szoku. Tak dobrego lądowania North już dawno nie zaliczył. Gromada strażników zaczęła wychodzić z sań, niektórzy już nie mogli się doczekać spotkania z syrenami.
             – Zaiste przyjemna to była przejażdżka. – Czas wygładził swoją magiczną szatę, jak tylko opuścił mikołajowy środek transportu. Zębuszka przytaknęła mu ochoczo. – No dobrze, teraz mnie posłuchajcie uważnie. Nie jesteśmy tu, by zwiedzać. Syreny strzegą przejścia do innego wymiaru, do którego zapewne Manen się wybrała. Musimy poprosić o przejście. Także chodźcie za mną! – Gdy staruszek skończył mówić, ruszył w stronę otwartego morza, co zdziwiło resztę strażników. Aster nie był przekonany, by pójść za Czasem.
             – Jesteś pewien, że wiesz, gdzie idziesz?
             – Ależ naturalnie... Och! Zapomniałem powiedzieć, że przejście znajduje się pod wodą. Taki mały szczegół.
             – Mały szczegół?! – powtórzyła reszta. Jack spojrzał na ocean. Delikatne, spienione fale uderzały o brzeg rajskiej wyspy, na którą przybyli. Jak jeszcze lecieli, Czas poinstruował ich, iż Mo udała się do słynnej Księżycowej Zatoki. Teraz dopiero Jack przekonał się, dlaczego tak ją nazwano. Była to dość mała wyspa na środku Pacyfiku, która kształtem przypominała sierp księżyca. Piasek na plaży nie okazał się złocisty czy biały, ale swą barwą lekko wchodził w srebro. W powietrzu, prócz słonego zapachu oceanu, unosiła się magia. Frost podążył wzrokiem w miejsce, gdzie Stary Pryk już niemal do połowy zanurzony był w przejrzystej wodzie. Stał pod kamiennym łukiem, który do złudzenia przypominał witrynę bramy. Chłopakowi jakoś niespecjalnie chciało się wchodzić pod wodę. Miał z tym związane złe doświadczenia. Przecież podczas pierwszego życia utonął, wpadając pod lód! Nim zdążył zaprotestować, North złapał go za ramię i pociągnął w stronę wody.
             – Spokojnie, Jack. Nie musisz się bać.
             – Ja się nie boję. Kto tak w ogóle powiedział?
             – Co jest, Frost, nagle cię strach obleciał? – Aster minął chłopaka, posyłając mu podobną minę, którą Jack mu zafundował w podziemnym garażu. Uszaty ruszył za Piaskiem i Zębuszką, podążając śladem ich przewodnika. Jack nie chciał się przyznać za żadne skarby, ale tak, bał się wejść do tej przeklętej wody. Rozważał nawet pozostanie tu, na brzegu, jednak nagle coś sobie przypomniał. Tam jest Mo. Tam mogę znaleźć odpowiedzi. Może dowiem się czegoś więcej o tej zagadkowej Dominie... Te właśnie myśli przekonały Frosta do podjęcia decyzji, czyli pójścia za resztą do innego wymiaru. Wziął głęboki wdech, potem drugi i w końcu wszedł do wyjątkowo ciepłej wody. Obok niego kroczył Święty, dodając tym samym strażnikowi zabawy otuchy. Gdy wszyscy znaleźli się już pod kamiennym łukiem wychodzącym ponad powierzchnię wody na jakieś dwa metry, po obu jego bokach wynurzyły się dwie postaci. Syreny, które tym razem nie okazały takiego szacunku jak Gwiezdnej, zagrodziły dalsze przejście, krzyżując ze sobą dwa groźnie połyskujące miecze.
             – Kim jesteście? – spytała jasnowłosa piękność. Przyjrzała się każdemu z przybyłych po kolei, dokładnie ich lustrując. Jej wzrok najdłużej zatrzymał się na Jacku, który nie przejął się nią prawie wcale.
             – Jestem Ojciec Czas, strażnik czasu, a to są strażnicy dziecięcych marzeń. – Staruszek wskazał najpierw na siebie, później na towarzyszy. Na koniec uśmiechnął się do syrenich wartowniczek, lecz te nie dały się tak łatwo zwieźć.
             – Po co tu przybyliście? To święte miejsce. Wstęp mają tylko nieliczni. – Druga ze strzegących przejścia syren, ciemnoskóra brunetka, patrzyła na Starego Pryka uważnie. Słyszała o nim opowieści od starszych sióstr. – Tobie wolno przejść, ale reszcie nie.
             – Jak to? – Do rozmowy wtrącił się Zając, jednak nim ten zdążył powiedzieć coś jeszcze, Czas uciszył go gestem.
             – Wiem, że musicie przestrzegać zasad, jednak jako jeden z uprawnionych do wejścia do grobowca, mam prawo kogoś przeprowadzić. Nalegam, by cała obecna grupa dostała zgodę. Chcemy zobaczyć się z Gwiezdną. Szukamy jej.
             – Gwiezdna jest po drugiej stronie. – Ciemnoskóra syrena westchnęła. Nie wiedziała, co zrobić w tej sytuacji. Na szkoleniu wartowniczym wspomniano coś o tym, że Ojciec Czas miał pełne prawo przekroczenia granicy międzywymiarowej, a także do przeprowadzenia przez nią gości. Wartowniczka spojrzała na swoją koleżankę porozumiewawczo. Blondwłosa syrena była w kropce. – No dobrze, możecie przejść. – Obie opuściły miecze, jednocześnie umożliwiając dalszą drogę strażnikom. Ojczulek uśmiechnął się usatysfakcjonowany.
             – Bardzo dziękujemy.
             – Naprawdę dziękujemy – dodał swoje trzy grosze North. Syreny ostatni raz zmierzyły ich spojrzeniem, nim ci zniknęli pod wodą.
               
             Płynąc coraz głębiej, Czas od razu zauważył otwarte przejście. Postanowił płynąć szybciej, gdyż powietrza zaczynało mu już brakować. Nie był nigdy wysportowany, a będąc starszym, nie mógł się poszczycić dobrą kondycją. Jack, Zając i Zębuszka wyprzedzili go i jako pierwsi dotarli do celu. Rozglądali się na wszystkie strony, ponieważ piękno podwodnego świata oszołomiło ich. Różnokolorowe ryby przepływały obok nich. Wodorosty oraz inne oceaniczne rośliny falowały lekko w rytm niespieszących się prądów, zaś załamujące się światło słońca rozświetlało wodę w przepiękny sposób. Gdy całą grupą dotarli na dno, Czas jako pierwszy przeszedł przez wrota. Znajome uczucie braku grawitacji przeszyło jego ciało, jednak nie przejął się tym zbytnio. Dość często przebywał tą drogę, no i odwiedzał Manen w kosmosie, więc przyzwyczaił się do tego uczucia. Jak tylko znalazł się po drugiej stronie, a jego stopy dotknęły trawiastego gruntu, wziął głęboki wdech. Powietrze przesiąknięte magią i potęgą wypełniło jego płuca. Zaraz za nim z bramy zaczęli wyłaniać się pozostali.
             To, co ujrzeli po przekroczeniu podwodnego przejścia, było po prostu niewiarygodne. Choć każdy z nich żył po lekko kilkaset lat, czegoś tak pięknego jeszcze nie widzieli. Łąka pełna kwiatów, całe wzgórza usiane kwiecistymi plonami. Na wieczornym niebie królowały gwiazdy wraz z księżycem i słońcem. No i przeogromny pałac, cały zrobiony z półprzeźroczystego kryształu, mieniący się niczym perła na dnie morza lub księżyc w pełni wysoko w górze na nocnym niebie.
             – Tu jest... tu jest po prostu pięknie... – Ząbek aż nie mogła złapać tchu z zachwytu, podobnie jak reszta. Nie mogli znaleźć słów, by opisać miejsce, do jakiego właśnie zawitali. Rozglądali się jak zaczarowani. To miejsce ich oczarowało.
             – Chodźcie, nie mamy zbyt wiele czasu. – Ojczulek ruszył przed siebie wprost do pałacu. Reszta poszła za nim bez słowa, nie odrywając oczu od olśniewającego gmachu. Dotarcie do bramy wejściowej zajęło im chwilę. Szli dróżką, aż stanęli u celu. Czas zatrzymał się przy wielkich wrotach wejściowych wykonanych z nieprzejrzystego, matowego kryształu. Obrócił się, po czym spojrzał na każdego ze strażników z osobna z błyskiem w oku. – Moi drodzy – rzekł, kładąc jedną dłoń na gładkiej powierzchni wrót – witajcie w Gwiezdnym Pałacu, znanym inaczej jako Księżycowy Grobowiec.

             Mo udała się do doskonale znanej sobie komnaty, omijając szerokim łukiem skrzydło północne, gdzie nie miała prawa wstępu. To właśnie tam spoczywała dusza jej brata, a jeśli ona by się do niej zbliżyła za bardzo, równowaga Medium zostałaby poważnie zachwiana. Mim zabrałby jej całą energię życiową. Umarłaby. Dlatego do skrzydła południowego obrała okrężną drogę, przez Komnatę Wspomnień. Jej zwiewna suknia, tak samo jak włosy, falowała z każdym energicznym krokiem. Wyszła z ogromnej komnaty, w której aż roiło się od magicznych portretów wszystkich członków dynastii Tsarów, począwszy od samej Artemisy, na Manen i Mimie kończąc. Dalej Gwiezdna skierowała się długim korytarzem w lewo, do części starego pałacu. To tutaj biegała jako malutka dziewczyna. Mając zaledwie kilka lat, mieszkała tu, w Gwiezdnym Pałacu. Jedynie treningi odbywała w przestrzeni kosmicznej. Pałac służył Gwiezdnym jako taki wielki dom wychowawczy. Im starsi gwiezdni strażnicy się stawali, tym mniej czasu spędzali w pałacu. Taka to już rodzinna tradycja Lunarów. Mo szła korytarzem dalej, jednak przystanęła w wylocie do owalnej, ogromnej komnaty, która służyła jako sala balowa. Same dobre wspomnienia nawiedzały ją, gdy kroczyła przez kręte korytarze i komnaty. Tyle wspomnień... Gdy przeszła przez salę, dostała się do skrzydła zachodniego, które służyło za zbrojownię. I było najbliżej wyjścia. Wtedy właśnie Gwiezdna wyczuła ich obecność. Wiedziała, że Czas podąży za nią, jednak nie spodziewała się, że reszta przybędzie tu razem z nim. Nagle blondynka przystanęła. Dotarła do swego celu. Przybyła tu po coś, co aż do dziś było poza jej zasięgiem. Jedyna broń, nawet dla niej zbyt potężna i należąca do jej starszego brata. Jego Platynowe Berło - miecz, który był dwa razy silniejszy od jej Srebrnego Berła. Ta wyjątkowa broń leżała i czekała niespełna tysiąc pięćset lat, aż ktoś ponownie jej użyje i dzisiaj ten dzień właśnie nadszedł. W otoczeniu lśniących zbroi, wszelakich broni, na podwyższeniu spoczywało ostrze, które potrafiło jednym sprawnym ruchem rozciąć rzeczywistość, tworzyć czarne dziury, rozpoławiać planety... Manen uklękła przed podwyższeniem, gdzie na czerwonej, satynowej poduszce spoczywała broń jej ukochanego Starszego. Za pomocą swojego pyłu zmieniła swój strój, który nie był już czarny, ale zachował klimat wiecznej żałoby. Ciemnoszara, skórzana kurtka z czarnym kapturem i rękawami tego samego koloru zdobiła górną część ciała blondynki. Także skórzane, biodrowe spodnie, również szare, doskonale podkreślały jej długie, zgrabne nogi. Pod rozpiętą kurtką znajdował się obcisły biały top odsłaniający brzuch ze skromnym dekoltem nieodsłaniającym, jak zazwyczaj jej inne koszulki, biustu. Wstała z klęczek, odrzuciła długie włosy do tyłu, po czym z nabożną czcią wspięła się po trzech schodkach. Ostrożnie pochwyciła w swoje lekko drżące dłonie miecz Lunara, chwyciwszy prawą dłonią za jego zgrabną rękojeść. Od razu, jak tylko go dotknęła, poczuła niesamowitą energię kryjącą się w tym legendarnym mieczu. Odetchnęła głęboko, nie mogąc uwierzyć, że trzyma w rękach tak bezcenny symbol. Broń jej brata, samego Tsara Lunara. Po kilku minutach napawania się najpotężniejszą bronią w galaktyce, schowała ją do pochwy, którą to miała umocowaną na plecach zaraz obok swoich dwóch krótszych katan. Teraz była gotowa, by stawić czoło budzącej się na Ziemi nienawiści. By ocalić jej ukochanego Amora. Rozejrzała się jeszcze ostatni raz po zbrojowni, gdy nagle w oczy rzucił jej się niemal dwumetrowy obraz przedstawiający młodego mężczyznę. Jego białe włosy lśniły w blasku gwiazd srebrzyście, a z zielononiebieskich oczu biła siła i mądrość. Ubrany na biało, z błyszczącym mieczem w dłoni spoglądał na planetę Ziemię w oddali. On sam stał na powierzchni księżyca. Jego postawa, dumna i nieskalana, była godna najprawdziwszego cesarza. A przecież nim właśnie był. Mo patrzyła właśnie na malowidło przedstawiające jej brata, samego Lunara.
             – Tutaj jesteś i... Co ty do licha ciężkiego wyczyniasz?! – Ciszę, w której pałacowe pomieszczenia były pogrążone od wieków, przeszył ostry i pretensjonalny głos strażnika czasu, który właśnie przekraczał pospiesznie próg zbrojowni. Manen spojrzała na niego, przekręcając głowę w lewo. Jej oczom ukazali się wszyscy strażnicy marzeń z Dziadziusiem na czele. Blondynka nie odpowiedziała od razu na wręcz wykrzyczane pytanie swojego opiekuna. Zdawała sobie sprawę z tego, że czeka ich raczej nieprzyjemna rozmowa, ale nie zamierzała tracić na żadne kłótnie czasu.
             – Pora, bym wzięła sprawy w swoje ręce.
             – Do reszty oszalałaś! Powinnaś skupić się na obowiązkach. Posłuchaj...
             – Nie! To ty słuchaj! – Jej głos zabrzmiał echem wśród niezliczonych zbroi. – Nie zamierzam stać z boku i bezczynnie przyglądać się wszystkiemu tak jak ty!
             – Dziecko, działasz pod wpływem emocji... – Czas chciał jakoś uspokoić Gwiezdną, ale ta z każdym kolejnym słowem nakręcała się coraz bardziej.
             – Nawet jeśli, to co z tego?! Nie pozwolę, by odebrano mi kolejną osobę, którą kocham, rozumiesz? – Mo wydarła się na całe gardło. W jej oczach ponownie stanęły łzy, aczkolwiek te były łzami wściekłości i rozpaczy. – Nie dam im zabić mojego Amora!

             Słowa Mo dźwięczały w uszach Jacka. Więc to prawda. Ona naprawdę go kocha. Nie wiedzieć czemu, ale Jack poczuł w sercu ogromny zawód. Spuścił głowę tak, by nikt nie mógł widzieć rozczarowania na jego bladej twarzy. Co się z nim dzieje? Dlaczego właśnie tak zareagował na słowa Zołzy? Nie rozumiał tego w ogóle, a już z pewnością nie pojmował tego, co się stało później. Frost ruszył w stronę Gwiezdnej. Wyminął strażnika czasu i sam stanął w odległości metra od blondynki, po której policzkach płynęły kryształowe łzy. Spojrzał dziewczynie głęboko w oczy, jakby doszukując się w niej kłamstwa na temat jej ostatniego wyznania. Nie znalazł go. Prowadzony jakimś dziwnym impulsem nagle wypalił z siebie:
             – Ty serio coś do niego czujesz? Do kolesia, który prawdopodobnie zaliczył połowę dziewczyn na planecie?


___________________________________________________________



             
Witajcie.

Taaa, po trzech miesiącach wracam z nowym rozdziałem. Ten jest sprawdzony przez mojego nowego Betę, mojego przyjaciela i brata w jednym. Uwielbiam go, serio. Powinnam prosić was o wybaczenie na kolanach, z czołem przyklejonym do gołej ziemi. Ta książka ma już ponad 11 tys wyświetleń! Wy serio to czytacie! Aż nie wierzę. Teraz rozdziały będą ukazywać się już systematycznie. Nabrałam nowych sił, mam wakacje... Będzie dobrze :D. 
Jeszcze raz wam, kochani moi dziękuję za te wyświetlenia, i za gwiazdki też. Jest mi bardzo miło, że doceniacie moją pracę. Staram się pisać coraz lepiej, by jak najdokładniej odwzorować wersję z mojej głowy. Jestem wam to winna.
No, to chyba wszystko, co chciałam powiedzieć. Przepraszanie nie ma sensu, bo i tak to słowo jest niewystarczające. Jednak konieczne, wiem o tym. Co do tego rozdziału, mam nadzieję, że się spodoba. Ja sama jestem z niego zadowolona. Czekam na wasze opinie.. :D

4/29/2017

Rozdział 16 - Druga twarz Manen cz. II



        Jack i Zając cofnęli się do tyłu, w obawie przed tym, czego właśnie byli świadkami. Nie wiedzieli, że prócz Mroka jest ktoś, kto potrafi tworzyć koszmarny piasek. Z przerażeniem obserwowali, jak Manen w całkowitym skupieniu, tka mroczną substancję. Ta połyskiwała i kusiła. Zachęcała, by podejść bliżej i jej dotknąć.
        Tworzenie koszmarnego piasku, w tym przypadku pyłu, było bardzo trudne i Mo doskonale o tym wiedziała. Nie robiła tego prawie wcale z paru powodów. Po pierwsze, jest to niebezpieczne, czarny pył to przeciwieństwo srebrnego. Ten, którym Mo posługuje się na co dzień, jest esencją z jej pozytywnych uczuć. Łatwiej kontroluje się te łagodne, spokojne emocje, niż te drugie, negatywne. Właśnie z takich rodzi się czarny pył. To kwintesencja zła, jakie drzemie w każdym żyjącym organizmie i dlatego tak trudno jest ją kontrolować. Gwiezdna musiała wspiąć się na wyżyny swojej własnej koncentracji i samokontroli, by nie dać ponieść się tej podstępnej sile. Czuła ją w sobie. Była świadoma tego, że jej głęboko skrywana uraza oraz nienawiść do Księcia Koszmarów są na tyle silne, żeby kiedyś w przyszłości przejąć nad nią panowanie. Na szczęście, jej dobra strona również jest potężna.
        Kiedy skończyła, w jej rękach, zamiast pięknie mieniącego się srebrzystego pyłu gwiazd, wirował czarniejszy od pasty do butów na twarzy Zająca, piasek. Na jej czole pojawiło się kilka kropli potu, które spłynęły po skroniach. Jej ramiona unosiły się ciężko do góry, a oddech stał jeszcze cięższy. Zmęczona dziewczyna otworzyła powoli oczy. Zamiast zielononiebieskiej barwy źrenice iskrzyły się groźnie srebrnym odcieniem. Chcąc jak najszybciej dokończyć to, co zamierzała, dmuchnęła mocno w pył, przez co ten poszybował ku Kosiowi. Mroczna energia owiała ciało Koszmara i wchłonęła się w niego. Senna mara, na początku zdezorientowana, przyjęła nową energię, która nie pochodziła od jej pana, lecz od gwiezdnej strażniczki. Energii było tak dużo, iż koń uniósł się w górę i przemienił. Czarna mgła, którą jeszcze kilka sekund temu był mizerny koszmarek, zamieniła się w pięknego, czarnego rumaka, z długą i falującą grzywą. Pełen gracji przeszedł kilka metrów jedną i w drugą stronę, rżąc uszczęśliwiony. Nadal pozostał mroczny, lecz nie wyglądał już jak szkielet biednego zwierzęcia. Cudowne, złote oczy lśniły, kryjąc w sobie wszystkie tajemnice świata. Z majestatycznością godną najprawdziwszych królów, przyhasał do Jacka, pokazując mu się w nowej odsłonie.
        Chłopak oniemiał. Koś nie przypominał już w ogóle dawnego siebie. Teraz był dostojnym, wspaniałym ogierem, którego nie powstydził by się żaden hodowca. Koszmar przybliżył się do Frosta, obszedł go na około i przytulił do niego. Zaraz jednak przygalopował do Mo, która z wyczerpania osunęła się na zieloną trawę, ciągle dysząc.
        Dziewczyna uśmiechnęła się blado do stworzenia, siedząc na miękkim, trawiastym dywanie. Koń położył się obok niej, dając się pogłaskać. Tak też Manen uczyniła. Ręką przejechała po aksamitnej grzywie, która powiewała lekko mimo, iż nie było wiatru.
        – Teraz lepiej, co? – rzekła do niego, a Koszmar kiwnął leciutko głową. – To się cieszę, ale teraz, jeśli możesz, pokaż mi, co się stało u Mroka, bo coś na pewno, skoro jesteś tak daleko od niego. Kto cię tu przyprowadził tak w ogóle? – Marszcząc brwi, spojrzała w kierunku strażników. Nadal nie potrafili wydusić z siebie słowa. Nie doczekawszy się od nich odpowiedzi, z powrotem spojrzała na Koszmara. Ten okazał się być bardziej rozmownym. Dzięki temu, że teraz miał w sobie cząstkę gwiezdnej mocy Manen, mogła się z nim porozumieć telepatycznie, jak z gwiazdami. Wstrzymała oddech, kiedy Koś za pomocą telepatii przekazał jej tą samą wiadomość, co kilka godzin wcześniej Jackowi. Z jednej strony ucieszyła się, ponieważ Mrok cierpiał. Tak dokładnie. Radowała się z czyjegoś cierpienia, ale z drugiej wiedziała, że to niewłaściwe. Ponad to, Pitch jest w niebezpieczeństwie. Siostry Ciemności obrały sobie za cel najpierw jego. Pytanie tylko, dlaczego? Po co zabrały się za wyeliminowanie Księcia Koszmarów, skoro on już i tak był poza wyścigiem o władzę? Sama o to zadbała kilka miesięcy temu... To wszystko jest jakieś dziwne. Idzie w dziwnym kierunku. O co im chodzi? Mo zastanowiła się nad tym. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Westchnęła skonsternowana, przygryzając jednocześnie dolną wargę. Kiedy to się stało? Spytała w myślach. Niecałe dwa dni temu., odpowiedział jej Koszmar. Byłeś przy tym? Kolejne pytanie padło w głowie blondynki, na które uzyskała szybką odpowiedź. Tak, ale nie widziałem nic oprócz cieni. To wyglądało tak, jakby to one go zaatakowały. Pan sprawiał wrażenie, jakby tego kogoś znał. Słowa Koszmara dały Mo wiele do myślenia. Dziewczyna uśmiechnęła się do stwora, pogłaskała w nagrodę za uchem. Nie czekając, aż jej siły się zregenerują, dźwignęła się do góry, by stanąć na nogi. Przyszło jej to z trudem, ale musiała wziąć się w garść. Czekało ją wiele pracy oraz nieplanowana wizyta u Księcia Koszmarów.
        – I bądź tu szczęśliwym, kiedy wokół same nieszczęścia... – Westchnęła pod nosem. – No dobrze, zrobimy tak. – Zwróciła się w stronę strażników, którzy nie wiedzieli, czy mają patrzeć na Mo czy na nowego Kosia. – Za godzinę widzimy się wszyscy na biegunie. Nie przewiduję żadnych wyjątków, co do braku obecności. Czy to jasne? – zwróciła się do nich, a ci pokiwali posłusznie głowami. – Doskonale.
        Jack opamiętał się jako tako i podszedł do Mo. Tym razem zebrał się na odwagę i spojrzał jej w oczy, bo przecież co takiego mogła mu zrobić? Obrazić? Stłuc?
        – Nie lepiej teraz wyruszyć do kryjówki Mroka? – spytał, jednocześnie pogładził Kosia po jego grzywie.
        – Nie. – Mo spojrzała na niego nieco przygaszonym wzrokiem. – Najpierw musimy ustalić pewne kwestie. Jak dotąd, obrona Amora była priorytetem, jednakże nie wiedzieć czemu, Siostry postanowiły zaatakować Pitcha. Szczerze ci powiem Matołku, że to się nie trzyma kupy. Byłam święcie przekonana, że najpierw ruszą na Qupida.
        – No, jak tam chcesz. – Jack wzruszył ramionami, starając się patrzeć na dziewczynę przed sobą tak, jak to robił do tej pory, ale nie potrafił. Wizje z dziennika zmieniły jego pogląd na niektóre kwestie. – North pewnie jest już u siebie, więc z nim nie będzie problemu. Gorzej z Piaskiem i Zębuszką, mogą być już w terenie.
        – Zębuszka jest u siebie, a wujek... – Mo zmarszczyła brwi. Patrzyła w jeden punkt przed sobą, miała skupioną minę, jakby nad czymś intensywnie myślała. – Wujek jest gdzieś nad Nigerią.
        – Skąd wiesz? – Białowłosy popatrzył na Mo zdumiony, bo przecież jak mogła wiedzieć takie rzeczy?
        – Gwiazdy, Jack, słyszą, widzą i wiedzą wszystko. Wystarczy zadać im odpowiednie pytanie, a otrzymasz upragnioną odpowiedź. – Uśmiech jakim obdarzyła strażnika zabawy sprawił, że temu aż zmiękły kolana. – Cóż... – Gwiezdna westchnęła, a w jej ręku pojawiły się jej nieodłączne okulary przeciwsłoneczne, które powoli założyła na nos. – Ja ściągnę resztę. Widzimy się na biegunie, Jack. – Przez szkła spojrzała na chłopaka. Wyglądała jak jedna z tych słynnych modelek, czy gwiazd filmowych, o których Jackowi opowiadał Jamie.

        Tymczasem Amor, w doskonałym nastroju, właśnie wpatrywał się w panoramę Paryża. W Australii, gdzie aktualnie przebywała Stellarum było osiem godzin do przodu, więc tu Qupido mógł cieszyć się późną, mroźną porą nocną. Od kiedy pocałował gwiezdną strażniczkę, nie czuł prawie złej energii. W zamian za to rozpierała go jego własna. Zakochał się w Mo już dobrych kilka dekad temu, aczkolwiek nie afiszował się z własnymi uczuciami co do niej. Wiedział, że Gwiezdny, by być z ziemianinem wiele ryzykuje, ale przecież miłość to największa i najsilniejsza z sił. Potęga, z jaką nie można wygrać, więc czemu im miałoby się nie udać? On kochał Mo całym sobą, do utraty tchu i wiedział, iż Gwiezdna również go kocha. Równie mocno, co on ją. Są sobie przeznaczeni, co do tego nie miał żadnych wątpliwości.
        – Nikt nas już nie rozdzieli, nie pozwolę na to. Za bardzo cię kocham... – Strażnik miłości oparł się o barierkę. Ze szczytu wierzy Eiffela, patrząc na wszystko z góry, czuł się niczym król.
        – Och, czy aby na pewno? – Męski, zarazem obcy głos sprawił, że Amor odwrócił się błyskawicznie. Jego oczy spotkały się z parą stalowoszarych, nic nie wyrażających oczu, utkwionym w jego osobie. – Długo czekałem, aż strażniczka gwiazd wreszcie się od ciebie oddali.
        – Kim jesteś i jak tu wszedłeś niezauważony?! – Amor nie czekał ani sekundy. W jego dłoniach pojawiły się dwa miecze, gotowe w każdej chwili do użycia.
        – To, kim jestem i jak tu się znalazłem nie jest istotne. – Młody mężczyzna, na oko około dwudziestu pięciu lat, uniósł przed siebie prawą rękę. Na jej powierzchni pojawiła się czarna mgła, z której zaczął wyłaniać się tego samego koloru miecz. Jego szara skóra niemal zlewała się w jedno z czarnym odzieniem i włosami. Chłopak ruszył do ataku na Amora, z szybkością dorównującej błyskawicy. Strażnik miłości parował wszystkie ataki, lecz z każdym kolejnym ciosem miał wrażenie, że widzi coraz gorzej, jakby wokół panujący mrok gęstniał z sekundy na sekundę. Po chwili Amor nie był w stanie dostrzec czubka własnego nosa. Wszystko działo się za szybko. Brunet nie wiedział, co się dzieje. W jednej chwili kontemplował sobie spokojnie, a w drugiej walczył o życie z jakimś dziwadłem. Jego przeciwnik musiał posłużyć się magią.
        – Poddaj się Qupido Amorze. Twój opór jest bez celowy. – Wyprany ze wszelkich emocji głos przytłoczył Amora jeszcze bardziej. Wydawało mu się, że dźwięki dochodzą z każdej strony, nie mógł zlokalizować gdzie dokładnie znajduje się jego przeciwnik. Stał się bezbronnym mimo dzielnie trzymanej broni. Nagle Amor wpadł na pewien pomysł. Uniósł zaciśnięta pięść na wysokość głowy, a przynajmniej tak mu się zdawało, po czym ją podpalił. Czerwono pomarańczowe języki ognia pokryły skórę jego dłoni, nie robiąc mu najmniejszej krzywdy, jednakże nawet to nie dało broniącemu się Qupido pożądanych efektów. Mrok jakby nie przepuszczał światła. Zupełnie, jak gdyby był namacalny. Amor czuł zimno pochodzące od ciemności. Oblepiała jego ciało, przylegała do nagiej skóry. Była po prostu lodowata. Po plecach bruneta przebiegł dreszcz. Choć starał się zachować spokój, to w jego sercu zaczęła rosnąć panika. Co robić, co robić?, myślał gorączkowo, jednak jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy.
        – Z cieniem nie wygrasz, nie masz szans. – Słowa przeciwnika sprawiły, że Amor zaklął pod nosem.
        – Kim jesteś?! Pokaż się, tchórzu! – Rozglądając się dookoła, wśród nieprzeniknionej ciemności, Amor nie był w stanie dostrzec nic. Absolutnie nic.
– Jestem cieniem. – Tylko tyle powiedział mu nieznajomy, przed tym, jak ogłuszył Amora uderzeniem w tył głowy, pozbawiając go przytomności.

        Na biegunie, jak zarządziła Manen, znaleźli się już wszyscy. Piasek, jak to on uciął sobie drzemkę w kącie owalnej sali. Zając i Mikołaj sprzeczali się o to, które ze świąt jest ważniejsze. Od wieków trwająca wojna między nimi na ten temat, ani na chwilę nie ustawała. Manen stała z boku i śmiała się, przyglądając przekomarzającej się parze. Obok niej fruwała sobie beztrosko Zębuszka, wydająca polecenia swoim małym podwładnym.
        – No proszę, proszę... W końcu mała Sidney pozbywała się tego trzonowca. O! O! A spójrzcie na to! Josh, ten z Teksasu nie z Tennessee, wreszcie wbił sobie górną dwójkę kijem hokejowym... – Ząbek trajkotała na okrągło o zębach. Mo to nie przeszkadzało. Strażnik czasu stał przy niej i tak jak ona wpatrywał się w wesołą gromadkę, tyle że z dezaprobatą. Jack polazł gdzieś, tłumacząc się, że ma coś pilnego do zrobienia, i że wróci za pięć minut, co w jego przypadku oznaczało przynajmniej godzinę nieobecności.
        – Co się ostatnio z nimi dzieje? Powariowali czy jak? I co ten Zając ma na twarzy?! – Czas, jak przystało na starego pierdziela, narzekał na wszystkich i na wszystko. Mo spojrzała na niego zza swoich ciemnych okularów. Opierała się niedbale o filar, mając skrzyżowane ramiona na piersiach.
        – Och, daj już spokój z tym zrzędzeniem. – Mo przewróciła oczami. Nie chciała słuchać narzekań swojego opiekuna. Była w wyśmienitym nastroju, co doskonale odzwierciedlała jej aura, a to wydało się podejrzane Staremu Prykowi.
        – A ty coś, taka radosna, co? Wręcz rozanielona, hmm? – Tym razem to Czas złożył ramiona na piersi i popatrzył podejrzliwie na dziewczynę.
        – A tak po prostu. – Mo machnęła lekceważąco ręką, jednak Czas nie dał się zbyć tak łatwo.
        – Pokaż mi swoje oczy, dziecko – nakazał Gwiezdnej, przez co ta parsknęła śmiechem. – Pokazuj, ale już!
        – Weź się... – Mo oddaliła się od strażnika czasu. Była w półkroku, kiedy jej serce przeszyło przeraźliwe ukłucie zimna. Gwiezdna aż zgięła się w pół, tracąc na chwilę oddech. Jej prawa dłoń powędrowała do serca, które właśnie zamarło. To było straszne. Po prostu straszne. Mo poczuła, jakby coś w niej pękło. Umarło. Coś się stało. Coś bardzo złego. Wiedziała o tym, wręcz była przekonana.
        – Co się stało, Manen? – Do trzęsącej się Gwiezdnej podszedł zaalarmowany Czas. Reszta, jak na zawołanie, zaprzestała własnych czynności. Nawet Piasek się zbudził. Po kilku minutach do sali głównej wszedł Jack. Widząc dziwne zachowanie przyjaciół, przystanął w miejscu.
        – A tu co się dzieje? – spytał duch zimy.
        Nie uzyskał odpowiedzi. Tymczasem Czas skorzystał z szansy i szybko zdjął z nosa Mo okulary. Od razu rzuciła mu się ich ożywiona barwa. Taką samą miała, gdy Mim jeszcze żył. Światło w oczach Gwiezdnego gaśnie, gdy jego serce zostanie złamane. Serce Mo zostało właśnie złamane, gdy patrzyła jak Lunar oddał za nią życie. Jej siła i wewnętrzne światło zgasły na zawsze. Jedynie nowa miłość, więź na tyle silna, by dorównać tej poprzedniej, utraconej, może przywrócić Gwiezdnemu wewnętrzny blask. Czas patrzył w oczy blondynki, nie dowierzając. W życiu nie przypuszczał, że znajdzie się ktoś, kto stanie się równie ważny dla Mo, co jej brat.
        – Coś ty zrobiła? – Pytanie, które zabrzmiało jak oskarżenie usłyszeli wszyscy obecni. Mo uciekła spojrzeniem w bok, tym razem natrafiła na pytający wzrok Frosta.
        – Zabrali Amora. – Te dwa słowa wyszły z jej ust. A zaraz po nich, po policzku Mo spłynęła samotna łza.

        Irytujący, powtarzający się dźwięk zbudził strażnika miłości. Głowa bolała go tak bardzo, że samo ruszanie powiekami sprawiało mu jeszcze więcej cierpienia. Jedyne, co był w stanie z siebie wydusić, to syk, kiedy próbował się poruszyć. Coś był bardzo mocno nie tak. Po pierwsze, mimo iż udało mu się w końcu otworzyć oczy, to wokół ciągle nic nie widział. Gęsty mrok królował tam, gdzie się obecnie znajdował. Jednakże, ze stuprocentową pewnością mógł stwierdzić, iż nie jest to szczyt wieży Eiffela w jego ukochanym Paryżu. Zimno, jakie wprawiało jego ciało w ciągłe drżenie fundowało mu odczucia, jakby zamarzał od środka. Minęła dobra chwila, nim do Amora doszło, co się stało. Paryż. Noc. Nieznajomy. Walka. Mrok... i koniec. Projekcja w jego obolałej głowie dobiegła końca. Gdy jego oczy jako tako przyzwyczaiły się już do ciemności, doszedł do wniosku, że musi znajdować się w jakiejś jaskimi. To właśnie dźwięk kapania wody wybudził go. Poza tym temperatura tam panująca oraz wilgoć nie spodobały się Amorowi. Było mu tak zimno, że jego zęby uderzały o siebie, wydając charakterystyczne dzwonienie. Czuł, że jego ubrania są całe przemoczone, zaś tępy ból nie opuszczał jego unieruchomionego ciała. Na koniec zdał sobie sprawę, że jest związany. Jego zziębnięte i trzęsące się ręce miał mocno ściśnięte czymś ostrym, co boleśnie wpijało mu się w skórę. Za plecami wyczuł coś twardego, podobnego do skały.
        Tak, właśnie zdał sobie sprawę, że został pojmany i uwięziony. W miejscu, gdzie inni, zwłaszcza Mo tak szybko go nie znajdą.
        – Widzę, że w końcu się ocknąłeś...
        Ten głos... Amor uniósł nieznacznie spojrzenie. Przed nim, chyba, gdyż Amor ciągle miał problem z widzeniem, na skale siedział ten sam młody mężczyzna, co go zaatakował. W Qupido aż się zagotowało. Jego magia, mimo wyczerpania sprawiła, że na około chłopaka pojawił się ogień, jednak jak szybko się pojawił, tak też zniknął. I to za sprawą więzów na jego dłoniach. Te zacisnęły się jeszcze mocniej, fundując Amorowi kolejną dawkę bólu.
        – Ty ciągle masz siłę walczyć? – Nieznajomy pokręcił głową nie dowierzając, jednak opanował się szybko i na powrót przywołał na swą szarą twarz maskę obojętności. – Z resztą, i tak ci to nic nie da. Za każdym razem, jak będziesz próbował jakiś sztuczek, specjalne więzy będą zadawać ci ból i osłabiać cię.
        Cichy śmiech Amora sprawił, że czarnowłosy chłopak zmarszczył brwi. Qupido uniósł dumnie czoło i rzucił szatynowi kpiące spojrzenie.
        – Może i nic mi nie da, ale nie mam najmniejszego zamiaru siedzieć tu i czekać na nie wiadomo co. Ślubowałem walkę do samego końca. – Słowa Amora były szczere i płynące prosto z jego serca, jednak tym razem to nieznajomy zaśmiał się pod nosem. Z tą różnicą, iż jego śmiech nie miał w sobie ani grama radości.
        – Ja też kiedyś ślubowałem i zobacz jak skończyłem. – Słowa obcego mężczyzny dały Amorowi do myślenia. Jego pytające spojrzenie zostało wychwycone, natomiast szatyn ani myślał powiedzieć coś więcej. Zniknął w czarnej mgle, która sama się po kilku sekundach rozmyła. Zostawił Amora samego z pytaniami i rosnącymi obawami. Strażnik miłości doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Najgorsze było jednak to, że to wszystko ma na celu do doprowadzenia śmierci jego ukochanej gwiazdki.
        – Manen... – szepnął do samego siebie. Z jego oczu, po spoconej twarzy, spłynęło kilka słonych łez. – Nie daj się im.

        Dwa serca, które właśnie odnalazły do siebie klucze, które otworzyły się na siebie, stoją u progu największej próby. Czy przejdą ją? Czy wspólnie dadzą radę odszukać się w ciemności, która zrobi wszystko co w jej mocy, by im to uniemożliwić? Droga będzie trudna, kręta i wyboista. Za każdym zakrętem czeka pułapka.

        Droga do szczęścia nigdy nie jest łatwa. Światło, aby lśnić potrzebuje mroku, zaś mrok by istnieć, potrzebuje światła. Ta zasada nigdy się nie zmieni. Zasady gry pozostają niezmienne od samego początku wszechświata. Tak było, jest i będzie. Przeznaczenie posługuje się światłem i mrokiem w taki sposób, by każdy kroczył swoją ścieżką, jak to zostało zadecydowane dawno temu. Od Przeznaczenia nie da się uciec. Nie można, jednakże... Można je zmienić. Siła serca i ducha, razem połączone w jedno, mogą dokonać nawet niemożliwego.
  

__________________________________________________________



        Rozdział sprawdzony, poprawiony i dopieszczony, na tyle, bym ja była z niego zadowolona. Jest to jeden z krótszych rozdziałów. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza :D. Za zbetowanie należą się brawa Sovbedlly. Polecam ją innym autorom, szukającym bety dla siebie.
        Do zobaczenia, Żaby! Miłej majówki!!!
Wasza Moonlight :*.

4/12/2017

Rozdział 15 - Druga twarz Manen cz. I



        Powiadają, że medal ma zawsze dwie strony, tak samo księżyc, ale również i człowiek. Mówi się, by pokazać swoją drugą twarz. Jeśli ma się ich więcej niż jedną, to która jest tą prawdziwą? A może żadna? Kto ma to wiedzieć, jak nie my sami? Przecież to my decydujemy, jaką przybierzemy maskę, którą z twarzy przywdziejemy w deszczowy, czy w bezchmurny dzień. Jest tak wiele opcji. Tak wiele alternatyw. Ale idealna jest tylko ta jedna, ta w której jesteśmy sobą. Prawdziwym sobą.
        Bez udawania.
        Czasami udajemy kogoś, bo tak czujemy się pewniej. Jest nam łatwiej się dopasować do otoczenia. To nasz mechanizm obronny. Lepiej być takim jak wszyscy, to prostsze, sprawdzone. Otóż nie. Absolutnie nie! Nie można upodabniać się do innych. Gdzie podział się indywidualizm? Kreatywność? Istnieją one właśnie po to, by odróżnić się na tle szarości i monotonni. Ci, którzy mają w sobie odwagę, by pokazać swoją prawdziwą twarz, w pewnych momentach życia są za to nagradzani. Nie mają strachu, nie znają go. Wiedzą, że dwie strony medalu są normalne, ale zawsze wybierają tą prawdziwą, tą słuszną, nie tą, którą chcą inni stronę. Jeśli sami ze sobą jesteśmy szczerzy, inni to zauważą.
        Smutek potrafi zmienić wszystko, nas ludzi także. Stajemy się inni, i choć dochodzimy do siebie, czasami niewyobrażalnie długo, nigdy już nie będziemy przypominać siebie ze szczęśliwych lat. Życie nas zmienia. Wydarzenia nas zmieniają. I inni ludzie. Wszystko ma na nas wpływ. Tak jak na księżyc w kosmosie. Jego ciemna strona jest dla nas tajemnicą, choć z nim jest nieco inaczej. Wiemy, że ma on ciemną stronę, ale nie możemy jej zobaczyć. Jest dla nas niedostępna. Tak samo bywa z ludźmi. Poznajemy kogoś, kto jest wiecznie przygaszony, nie ma chęci do życia, a kiedy widzimy go uradowanego, uśmiechniętego od ucha do ucha, nie możemy go poznać. Czyż to nie jest zadziwiające, i piękne zarazem?

        Zając Wielkanocny, jak co każdy poranek, udał się na obchód po swojej Norze. Dzisiaj wstał wyjątkowo wcześnie, ponieważ w nocy nie mógł zmrużyć oka. Ciągle mu się wydawało, że ktoś jest u niego w domu. Miał nieodparte wrażenie, iż jest obserwowany, dlatego, jak tylko pierwsze promienie słońca przedarły się przez dziury w suficie jego schronienia, wygrzebał się z cieplutkiej pościeli i ruszył na zielone łąki. Przywitał się ze skalnymi strażnikami, czyli z wielkimi kamiennymi jajkami na nogach. Te powitały go, ukazując uśmiechniętą stronę, a by spróbowały tylko inną... Malutkie pisanki, te które zostały po ostatnich świętach, biegały sobie beztrosko wszędzie tam, gdzie im się żywnie podobało. Aster musiał uważnie patrzeć, gdzie stawia swoje zajęcze stopy, by przez przypadek nie nadepnąć na jedną z niesfornych pisanek. Nie wybaczył by sobie, gdyby coś podobnego miało miejsce. Swoje pisanki uważał za sztukę najwyższej klasy.
        Właśnie miał wracać do swojego domku przy wodospadzie farb, kiedy kilka metrów przed nim otworzył się portal, a z niego wyskoczył Jack Frost we własnej osobie z Koszmarem na ogonie.
        – Jack, uważaj! – krzyknął jedynie ostrzegawczo i rzucił jednym ze swoich bumerangów prosto w senną marę. Koś nie wiedział, co zrobić. Portal się zamknął, nie miał już żadnej drogi ucieczki. To jego koniec! Jednak Jack zareagował błyskawicznie. Za pomocą swojego kija, stworzył silny podmuch mroźnego wiatru i dosłownie zdmuchnął lecący w nowego przyjaciela przedmiot. Koszmar odetchnął z ulgą, zaś Zając, kompletnie zdezorientowany przykicał do Frosta.
        – Co ty robisz? Dlaczego obroniłeś... – Strażnik nadziei popatrzył z niechęcią na towarzysza chłopaka – to coś?
        – Nie mam czasu tłumaczyć tego znowu od początku... Co ty masz na twarzy? – Jack dopiero po kilku sekundach zauważył, że Aster ma całe wąsy i brwi wysmarowane czarną pastą do butów, a na samym czole wielkie serduszko przebite strzałą. Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
        – Że co? – Zając w podskokach znalazł się przy jeziorze z krystalicznie czystą wodą. Jak zobaczył, z czego Frost rży jak opętany, turlając się przy tym po trawie razem z Koszmarem Mroka, jego szczęka opadła do samej gleby. – Co to, na Księżyc, jest?!

Kilka godzin wcześniej...

        Amor wraz z całym zespołem w klubie The MoStars bawili się w najlepsze. Pili, wygłupiali się, śmiali, urządzali różne zakłady, aż ktoś w końcu wyskoczył z pewną propozycją. Oczywiście była to Summer, jakżeby inaczej. Dyskoteka, choć była wigilia Bożego Narodzenia, tętniła życiem. Dźwięki muzyki wydobywające się z potężnych głośników, niosły się po całym budynku i rozbrzmiewały jeszcze na ulicy. Mo musiała wyjść na chwilę, aby coś załatwić. Zbliżała się pora uroczystej kolacji, ludzie, zwłaszcza dzieci, czekali na słynną pierwszą gwiazdę. Gwiezdna, za pomocą swoich mocy, przeniosła się na orbitę. Odetchnęła z ulgą, kiedy znajomy brak grawitacji zaczął oddziaływać na jej ciało. Tutaj, w przestrzeni kosmiczne, gdzie co chwilę przelatywał jakich meteoryt, asteroid, pyły innych planet lub szczątki pozostałe po promach kosmicznych, czy po zniszczonych planetach, gdzie w oddali ścierały się ze sobą dwie gwiazdy, wybuchały supernowy, czuła się najlepiej. To tu jest jej dom. Wśród miliardów gwiazd. Przecież jest jedną z nich, należy do nich od zawsze, od chwili narodzin. Dziewczyna popatrzyła na Ziemię, jak to miała w swoim zwyczaju. Ta malutka cząstka wszechświata zaczęła coraz więcej dla niej znaczyć. Dopiero teraz pojęła, jak wielką miłością musiał darzyć ją Lunar, jej ukochany brat. Oczywiście to ona, Stellarum, była na pierwszym miejscu, lecz zaraz po niej byli ludzie. Ich marzenia i sny. Manen uśmiechnęła się ciepło, jej oczy zabłysły ciepłym blaskiem, takim samym kiedy była jeszcze dzieckiem. Wtedy nie znała bólu, rozpaczy czy straty. Zawsze miała obok siebie kogoś, kto jej pomagał, ją wspierał. Teraz nadszedł czas, aby i ona stała się oparciem dla innych. Jest Gwiezdną, legendarnym strażnikiem gwiazd, Dominą Stellarum, Starlight. Przyszłą Tsariną. Nadszedł jej czas.
        – Pora na zmiany – szepnęła pod nosem. To, co się wydarzyło między nią, a Amorem, coś w niej odblokowało. Znowu czuła w sobie to, co kiedyś będąc dzieckiem. Radość. Prawdziwą, szczerą i niepohamowaną radość oraz szczęście. To wszystko dał jej właśnie strażnik miłości. Na samo jego wspomnienie, Mo oblewała się delikatnym rumieńcem. Nie rozumiała samej siebie, to było takie nowe, dziwne uczucie. Czuła, że jak gdyby tylko chciała, mogłaby unieść wszystkie góry Ziemi, lub podnieść słońce! Że może dokonać niemożliwego. Ale, w jej sercu zmieniło się coś jeszcze. Nadzieja w niej zaczęła rosnąć z każdą sekundą. Nadzieja na to, że gdy nadejdzie czas, będzie w stanie przywrócić Mima z powrotem.
        Po raz pierwszy od wielu, wielu wieków, Mo czuła się naprawdę szczęśliwa.
Blondynka westchnęła, nadal się uśmiechając szeroko od ucha do ucha, wyciągnęła przed siebie rękę, na której zatańczyły drobiny srebrnego, gwiezdnego pyłu. Wyciągnęła i drugą, na której z kolei uformowała się kula najczystszego światła. Mo złączyła powoli obie dłonie, a kiedy to zrobiła, ich wnętrze rozświetliła silna poświata. Gwiezdna zamknęła oczy, jej ciało pojaśniało. Włosy zostały rozwiane przez pojedynczą falę mocy, która pochodziła z gwiezdnej strażniczki.
        – Na nieskończone Światło i na bezkresny Mrok, Ja, dziecię Gwiazd, daję Ci życie. Niechaj potęga kreacji przemówi przeze mnie i tchnie w Ciebie Święte Światło Istnienia... – Jej szept, cichy i spokojny, rozniósł się echem po całej galaktyce obwieszczając właśnie, iż powstała nowa gwiazda. Mo rozłożyła dłonie. Wydobywające się z nich światło mogłoby z łatwością kogoś oślepić. We wnętrzu jednak nie było pustki, jak to było przed chwilą. Na prawej, rozłożonej dłoni Mo unosiła się maleńka gwiazdka. Wyglądem przypominała ledwo tlący się płomyk, lecz jej światło było milion razy silniejsze. Gwiezdna uśmiechnęła się szeroko do nowej siostry.
        – Witaj, Pierwsza Gwiazdo. Dołącz do swoich braci i sióstr na niebie, i daj ludziom wyczekiwany znak – rzeka do niej. Po chwili Mo uniosła nową gwiazdkę w górę, a ta spełniła wolę swojej pani. Tak właśnie rozbłysła pierwsza gwiazda, dając istotom ludzkim znak, iż ucztowanie czas zacząć.
        
        Kilka chwil później, Mo już wznosiła kolejny toast wraz z Pierrem, Summer, Amorem i innymi członami ich, nie takiej znowu małej, muzycznej rodziny. Cały zespół świętował wigilię w klubie i planował nadchodzącą imprezę sylwestrową w Rio. Nie obeszło się bez śpiewania kolęd w różnych językach. Cała ekipa składająca się na The MoStars to ludzie ze wszystkich stron świata, i każdy z nich wie, kim są ich szefowie.
        Sam i Pierre właśnie ćwiczyli na swoich perkusjach, a Amor z jakąś mulatką o blond włosach siedzieli przy konsoletach i rozmawiali o czymś zawzięcie. Pięciu gitarzystów, w tym dwóch basistów, grało w rozbieranego pokera, zaś towarzyszące im trzy dziewczyny dopingowały swoich faworytów, śpiewając. W rogu, jakby schowani, ćwiczył chłopak na klawiszach, natomiast stojący obok niego jego brat bliźniak grał na skrzypcach. Wszyscy muzycy w tym klubie byli wszechstronnie uzdolnieni muzycznie. Sama Manen o to zadbała. Kiedy postanowili wraz z Qupido zacząć działać, w tajemnicy przed innymi strażnikami, rozpoczęli działalność jako DJ-e. Z czasem stali się znani nie tylko w Paryżu, ale w całej Francji, Europie i na świecie. Jako utalentowana tekściarka wraz z Amorem, jako najlepszym DJ'em na północnej półkuli, zdobyli światową sławę.
        – Ej, słuchajcie! – Sam zerwała się z miejsca i przygalopowała do Mo z dwoma kieliszkami. Z bananem na twarzy uwiesiła się na ramieniu Gwiezdnej, omal nie oblewając jej alkoholem. – Co powiecie na kolejną rundę Prawdy lub Wyzwania?
        – Przecież już w to graliśmy – odezwała się blondynka stojąca przy Amorze. Jej neonowe, niebieskie słuchawki zjechały z uszu na szyję.
        – Ja jestem za! – wykrzyczał chłopak przy fortepianie.
        – I ja! – Cała ósemka przy stole, gdzie właśnie jeden z chłopaków opłakiwał stan swojego pustego portfela, zawołała ochoczo.
        – Kochani, mam lepszy pomysł. – Do konwersacji dołączyła się Mo. Uśmiechnęła się przebiegle, na co kilkoro z zebranych poczuło ciarki na plecach. – Zróbmy komuś kawał.
        – Niby komu? – Za swoimi plecami Mo usłyszała Amora, który oparł się o jej drugie ramię. Razem z Summer wisieli na niej jak pranie na sznurku. Manen wstała czując jak jej ramiona zaczęły składać bolący protest, wyrwała Patronce Lata jednego shota i wypiła go szybko, nie krzywiąc się przy tym ani razu.
        – Matołkowi – rzekła zadowolona, a jej uśmiech, ze złośliwego przerodził się w iście szatański.
        – Komu? – Niewtajemniczeni popatrzyli po sobie, nie wiedząc o kogo może chodzić. Nawet Sam w pierwszej chwili nie załapała, o kogo się Mo rozchodzi. Gwiezdna strażniczka przewróciła oczami, po czym westchnęła, wzięła do ręki gitarę akustyczną i zagrała dwa akordy.
        – Jackowi Frostowi – wyjawiła wreszcie, na co większość aż tworzyła oczy ze zdziwienia. Blond mulatka już chciała zadać kolejne pytanie, lecz Mo, wiedząc o co dokładnie chce zapytać Carmen, wyprzedziła ją z odpowiedzią. – Tak, on też istnieje.
        – Ok, zróbmy to. – Pianista, czyli wysoki chłopak o czeskim pochodzeniu, podszedł do Mo i tak samo jak ona, uśmiechnął się cwanie. Jego brat bliźniak za to nie podzielał ich zapału.
        – Ja umywam od tego ręce. – Skrzypek skrzyżował ramiona na piersi. Przysiadł obok Carmen, która coś tam sprawdzała w swoim telefonie.
        – Ty od wszystkiego umywasz ręce... zresztą i tak byś się nie przydał.
        – Jeszcze to odszczekasz!
        – Najpierw będziesz musiał mnie do tego zmusić – zaszydził Peter. Jego Brat bliźniak, Domen, aż zagotował się ze złości.
        – Chłopaki, starczy! – zawołała ciemnoskóra dziewczyna z burzą czarnych loków na głowie. – Mamy teraz coś ważniejszego do zrobienia, niż słuchanie waszej kłótni. – Tella zgromiła wzrokiem niesfornych braci, którzy już gotowali się do tego, by skoczyć sobie do gardeł. Basistka, dzięki swojej groźnej minie, potrafiła ustawić do pionu całe towarzystwo, kiedy Mo czy Sam akurat nie było w pobliżu. – Kontynuuj. – Posłała promienny uśmiech Mo, za co ta jej się odwdzięczyła tym samym.
        – Otóż, jak każdy z was pamięta, naszą tradycją jest wykręcenie komuś z naszych bliskich, przyjaciół czy tam komu jeszcze żartu, który ma zapamiętać do końca swego życia. W tym roku wypadło na Matołka.
        – A dlaczego akurat on? – Tym razem odezwał się dwudziestosześcioletni chłopak ze Szwecji grający na gitarze elektrycznej.
        – Bo kiedyś mi zalazł za skórę i dzisiaj mam idealną okazję, by się odegrać. – Mo zatarła ręce cała podekscytowana. Oczami wyobraźni już widziała swoje dzieło końcowe.
        – Uuu... wyczuwam zapach zemsty... Wchodzę w to! – Kalle, tak miał właśnie na imię szwedzki przystojniak, podobnie jak Peter stanęli po stronie Manen. Reszta, z wyjątkiem Domena i jeszcze jednej dziewczyny o imieniu Nikandra, w skrócie Nika, podzielała optymizm przywódczyni ich bandy.
        – No to do dzieła! Zaplanujmy coś. – I tak, całą trzynastą, prócz Niki i Domena, zasiedli do stołu do pokera. Po półgodzinnym planowaniu, naradzaniu i kłótni, udało im się ułożyć plan „zemsty” na duchu zimy. W skład drużyny wykonawczej wchodzili: Mo, Amor, Summer, Carmen oraz Kalle. Natomiast do koordynatorów: Domen – jego ciekawość jednak zwyciężyła, Peter, Tella no i reszta zespołu. Nika udała się w tym czasie do toalety, więc i tak pominięto ją przy rozdawaniu zadań. Cóż, jej strata...
        Cały plan był prosty. Polegał na tym, by zakraść się do sypialni Frosta i zapieczętować ją od środka tak, że jak już ktoś do niej wejdzie, to nie będzie mógł wyjść. Dodatkowo okna również miały zostać magicznie zamknięte. Ponadto, Mo miała postarać się o to, by do pokoju Jacka zawitały stworzone przez nią zjawy. Ponoć Frost nie boi się duchów, ale kto go tam wie? Postanowili, że wkręcą go w historię Wigilijnej Opowieści, rodem z bajki. Ostatnie zadanie należało do Kalle i Carmen. Jako, iż oboje byli obcykani we wszystkie internetowo-techniczne sprawy, mieli zamontować kilka kamerek do podglądu. Całość miała zostać nagrana i pokazana reszcie świata. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, iż zachowują się dziecinnie, może nawet nieodpowiedzialnie, ale kto by pogardził taką zabawą? Na pewno nie grupa The MoStars!
Śmiejąc się i przepychając, ci którzy mieli zostać w klubie i nadzorować całą akcję przez laptopa Carmen, dyskutowali o tym, jak to ten słynny Frost wygląda. Dziewczyny były ciekawe, czy opowiadania o nim z dziecięcych lat są prawdziwe, i czy na serio jest taki stary. Wcześniej próbowały go wygooglować, lecz zdegustowane spojrzenia Telli oraz reszty chłopaków, skutecznie im to udaremniły.
        – Laski, osłabiacie mnie gorzej niż wiecznie kłócący się Peter z Domenem, a to już jest coś!
        – Przepraszamy – odpowiedziały skruszone, nie patrząc na czarnoskórą koleżankę z zespołu.
        – Teluś, przyznaj się. Sama jesteś ciekawa, jak ten cały Frost wygląda – drugi basista, niejaki Temaru, popatrzył znacząco na dwudziestoparo-latkę. Tella oblała się rumieńcem, jednak Japończyk tego nie dostrzegł. W takich chwilach ja ta, dziękowała Bogu za to, że jest czarnoskóra.
        – Przestań pieprzyć... – Basistka skrzyżowała ramiona na piersi, obróciwszy się bokiem do przyjaciela.
        – Oj, nie bądź taka. Przecież ciekawość to nic złego, zresztą sam jestem ciekaw tego całego Jacka.
        – Pewnie to jakiś stary dziadyga, co chodzi o lasce i zamraża ludziom rury. – Kolejny gitarzysta o imieniu Joseph usiadł obok Domena i czekał, aż seans się rozpocznie.
        – Nie wiem, Jo. Młodsza siostra mi powiedziała, że to młody chłopak. Och, co ja się będę nad tym rozwijał. Zaraz się przekonamy! – Peter wcisnął się między dójkę kumpli, co nie za bardzo spodobało się jemu bratu.
        – Musisz się tu pchać z tą swoją dupą, Peter? – zapytał ze złością Domen.
        – Tak, a żebyś wiedział. Coś się nie podoba?
        – Tak, nie podoba.
        – Oj, masz problem.
        – Odsuń się ode mnie! To, że jesteś gejem, nie znaczy że ja też mam nim być!
        – Spokój, kurwa! – Tella nie wytrzymała i każdemu zasadziła solidnie po głowie, nawet Jo.
        – Ała, za co?! – Chłopak obrócił się w jej stronę trzymając się obiema rękami z głowę.
        – Tak na zaś. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego groźnie, dzięki czemu cała trójka już była cicho. Jedynie Domen coś tam mamrotał pod nosem o tym, że jakie to życie jest niesprawiedliwe.
        – O! O! Już są! – zawołała piękna dziewczyna o rudych włosach. Pokazała na ekran laptopa, gdzie właśnie pojawił się obraz.

        Amor, za pomocą swoich zdolności, przetransportował całą ich piątkę do pokoju ducha zimy, jak poprosiła go o to Gwiezdna. Jak tylko ich stopy dotknęły podłogi Carmen, Sam oraz Kalle zabrali się do roboty. W tym samym czasie Amor i Mo udali się na korytarz. Qupido stanął na czatach, kiedy blondynka wzięła się za rzucanie uroków. Uprzednio, całą ich piątkę pokryła swoim gwiezdnym pyłem, dzięki czemu stali się niewidzialni, nawet dla istot nieśmiertelnych. Skończywszy recytować właściwe inkantacje, weszła do pokoju, gdzie reszta zespołu już zrobiła swoje. Zainstalowali trzy kamerki w najmniej widocznych miejscach tak, by mieć jak najlepszy widok na to, co dzieje się wewnątrz pomieszczenia. Zadowoleni ze swoich poczynań, czekali aż Gwiezdna skończy uszczelniać okno. Kiedy i to już było gotowe, po przybiciu sobie piątek, zrobieniu kilku selfie, oczywiście Carmen nie mogła się powstrzymać, i pomachaniu do kamer, złapali się za ręce i udali do Paryża. Jednak po drodze coś poszło nie tak. Amor tak bardzo się rozproszył, że zamiast przenieść ich do klubu, przeteleportował ich do Nory Zająca Wielkanocnego!
        – Qupido, kurwa, zabiję cię! Jak mogłeś aż tak się pomylić? Czy ty zamiast mózgu masz gąbkę, czy co?! – Kalle prawie, a by ruszył na strażnika miłości, lecz został powstrzymany przez Mo.
        – Cicho, bo go obudzicie! – Mo pokazała głową, że znajdują się wewnątrz domu legendarnej postaci. Na jego widok Carmen zaczęła piszczeć, zaś Kalle aż otworzył usta ze zdziwienia.
        – Aaaa! To przerośnięty królik! – pisnęła przejęta latynoska.
        – O ja pierdolę... – Szwedzki przystojniak niemal nie wybuchł śmiechem.
        – Ciiii! Uwaga, chyba się obudził! – szepnęła przejęta Sam i rękami popchnęła towarzystwo w głąb kuchni, gdzie poukrywali się w przeróżnych zakamarkach. Mo i Sam zawisły przyklejone do sufitu, Kalle przepchnął się obok Amora i wskoczył do spiżarki, gdzie były same marchwie, i przytulił się do Carmen, która nie mogła powstrzymać chichotania. Na polu walki pozostał jedynie Amor, jako iż wszystkie dobre kryjówki były już zajęte, z braku laku wskoczył pod stół. Zrobił to w ostatniej chwili, ponieważ nagle rozbłysło nikłe światło, a do kuchni wkroczył zaalarmowany hałasami, zaspany Aster..
        
        W tym samym czasie, w klubie...
        – Gdzie oni są?
        – Co to za nora?!
        – Zabierz mi sprzed twarzy ten tyłek!
        – Kuźwa, nic nie widzę posuń że się! – Takie i inne krzyki wypełniły całą dyskotekę, kiedy któryś z muzyków zawołał:
        – Kalle ma chyba włączoną kamerkę w kieszeni kurtki. – Tym kimś był właśnie Peter. Reszta, jak na rozkaz zamilkła i zastygła w aktualnych pozach, co pewnie dla przypadkowego obserwatora musiało wyglądać dość komicznie.
        – Czy... czy to są marchewki? – Do ekrany wręcz przylepiła się Tella razem z barmanem Pierrem, który po przyjrzeniu się dokładniej owym rzeczom, stwierdził poważnym tonem.
        – Tak, to są marchwie.
       
        Z powrotem u Mo i reszty ferajny...
        Mo i Sam pokręciły zrezygnowane głowami, fundując sobie każda tak zwanego facepalma, nie dowierzając w to, że Amor, zamiast się teleportować w inne miejsce, na przykład na zewnątrz, w ostatniej chwili wślizgnął się pod stół. Jak nic zaraz zostanie nakryty, lecz ku zdziwieniu dziewczyn, strażnik nadziei, pokręciwszy się po pomieszczeniu, wrócił do sypialni i padł jak długi na łóżko. Kalle i Carmen, upewniwszy się, że droga już jest czysta, wyskoczyli ze skrytki na marchwie. Chłopak parsknął śmiechem, gdy ujrzał, jak we włosy dziewczyny powplątywane były pomarańczowe warzywa.
        – Bardzo śmieszne, serio... – Latynoska zabrała się za oczyszczanie włosów.
        – Dobra, spadajmy stąd. – Sam już miała dość przygód, jak na jedną noc, jednakże Amor miał inny pomysł.
        – Skoro już tu jesteśmy, czemu by nie wykręcić czegoś Zającowi?
        – Oszalałeś? Zabije nas, jak się dowie, że to my! – Sam trochę za głośno zaprotestowała, przez co Zając zamruczał coś niewyraźnie pod nosem. – To już przesada.. – dodała szeptem.
        – Ja się zgadzam z Amorem. Pójdźmy na całość. – Mo stanęła po stronie swojego ukochanego. Reszta nie miała wyjścia. Musiała się z nimi zgodzić, czego i tak nie pożałowali.
        – Dobra, jakieś pomysły? – spytała Carmen, gotowa, by uwiecznić każdą chwilę na swoim super nowoczesnym smartphonie.
        – Proponuję stary, sprawdzony sposób. – Kalle splótł ręce za plecami, niczym rasowy pan profesor. – Ma ktoś z was markera przy sobie?
        – Chcesz mu dorysować wąsy? – spytał powątpiewająco Amor. Jakoś nie za bardzo podszedł mu ten pomysł.
        – Ja mam eyelinera! – szepnęła konspiracyjnie latynoska, wyciągając ze swojej kieszeni markowy kosmetyk.
        – Ok, no to chodźmy! – zarządził Kalle i ruszył do pokoju, gdzie Aster spał sobie smacznie, nieświadom zagrożenia ze strony nocnych gości.
        – Ale to ekscytujące! – pisnęła niespodziewanie Carmen, przez co Zając poderwał się do góry. Mo zdążyła jedynie złapać koleżankę za ramię i pociągnąć w stronę podłogi, by strażnik nadziei ich nie zobaczył. Reszta poszła za jej przykładem.
        – Carmen, ty idiotko, weź się zamknij! – syknęła w jej stronę Summer.
        – Zaraz nas wydasz! – Kalle także obrzucił blondynkę niemiłym spojrzeniem, ale nie potrafił się długo na nią gniewać. – To się chyba nie uda. On ma za lekki sen... – Westchnął zrezygnowany.
        – Jakoś temu zaradzimy. – Manen uśmiechnęła się do niego chytrze, pokazując śnieżnobiałe zęby, po czym wstała, i unosząc się kilkanaście centymetrów nad podłogą, zbliżyła się do śpiącego Zająca.
        – Co chcesz zrobić? – Amor także wstał, uważając, by podłoga pod nim nie skrzypiała za głośno. Gwiezdna odwróciła się w jego stronę. Uniosła w górę otwartą lewą dłoń. Nad jej powierzchnią zatańczył srebrny pył.
        – Uśpię go tak, jak to robi Piasek, z tym, że ja zafunduję mu taki sen, że ocknie się dopiero za kilka godzin.
        – Potrafisz tak? – Kalle siedział na podłodze i patrzył jak zaczarowany w srebrzyste drobiny. Widział już nie raz, jak Mo posługuje się swoimi mocami, lecz za każdym razem wzbudzało to w nim taki sam zachwyt.
        – Oczywiście! – Zaśmiała się Mo. Nadal się śmiejąc, dmuchnęła w pył, a ten opadł na włochatą mordkę strażnika nadziei. – No, teraz żaden hałas go nie dobudzi, chyba, że odwołam zaklęcie.
        – No, a teraz, do dzieła! To co najpierw? Może namalujmy mu wielkie, smoliste wąsy i okulary?         – Nad Asterem pochyliło się pięć głów, przy czym każda patrzyła się na niego, jak na płótno.
        – Broda może być, ale okulary są zbyt oklepane... – zamarudziła Carmen.
        – To w takim razie co proponujesz? – Kalle popatrzył na przyjaciółkę w sposób „no dalej, jak jesteś taka cwana” i oddał jej pole do popisu. Dziewczyna jedynie uśmiechnęła się szeroko i uniosła znacząco kilka razy wymodelowane brwi. Zbliżyła się do śpiącego, odkręciła „narzędzie zbrodni” i przystąpiła do działania. Po minucie, Zając dorobił się wspaniałych, równiutkich wąsiorów. Reszta na ten widok parsknęła głośnym śmiechem. Zadowolona z siebie Carmen chciała dorobić mu jeszcze piękne kocie oczy, ale nagle stało się coś strasznego.
        – O nie! – krzyknęła.
        – Co się stało? Budzi się? – Mo popatrzyła na dziewczynę, gotowa w każdej chwili dobyć swoich mieczy, lecz odpowiedź Carmen sprawiła, że niemal przywaliła głową o ramę łóżka.
        – Mój eyeliner się skończył! – Załamana tymże faktem, niemal prawie się popłakała.
        – Boże, kobieto, kupisz sobie nowy... – Amor przejechał zdegustowany dłonią po twarzy, nie wierząc w to, co się dzieje. Carmen jednak spojrzała na niego z mordem w oczach.
        – To była edycja limitowana! Limitowana! – wykrzyczała. – Dostępnych było tylko dwieście takich sztuk..! Wydałam fortunę na niego... – Westchnęła bliska płaczu.
        – Z czego on był, ze złota? – Kalle nie mógł powstrzymać się przed śmiechem. Tragedia koleżanki była dla niego istną komedią.
        – Jedynie z dodatkiem złota – powiedziała obrażając się śmiertelnie na Kallego.
        – Dobra, skończcie odstawiać już ten teatr. Pospieszmy się i skończmy to, co mamy. – Sam ponagliła przyjaciół, a ci, przyznali jej rację.
        – Musimy znaleźć coś, co pisze na czarno, i czego jest dużo.
        – I co nie zejdzie tak prędko – dodał Amor.
        – Ej, to się nada? – Kalle podszedł do Mo i pokazał jej swoje znalezisko. W ręce miał pudełko czarnej pasty do butów. Gwiezdna uśmiechnęła się szeroko.
        – O tak, nada się wprost idealnie! – Wzięła od chłopaka pudełko, podeszła do łóżka i zaczęła przypatrywać się, co by tu jeszcze zmalować.
        – A na co Zającowi pasta do butów, przecież on ich nie nosi. – Amor i Sam wymienili się pytającymi spojrzeniami, lecz ani jedno ani drugie nie znało odpowiedzi, na tak fascynujące pytanie.
        – To teraz nieistotne. Ważne, że nam się przyda. – Mo smarowała Astera. Dorobiła mu przepiękną brodę, poprawiła wąsy na jeszcze grubsze.
        – Brwi, pomaluj mu brwi! – krzyknęła jej przez ramię latynoska.
        – Ok. – Wedle życzenia, domalowała dwie grube krechy nad zamkniętymi oczami Zająca, które w pierwszej chwili przypominały tłuste, czarne gąsienice. – No, gotowe! – rzekła, a reszta, po przyjrzeniu się Asterowi, dostała tak głośnego napadu śmiechu, że aż zaczęli się turlać po podłodze.
        – Zróbmy sobie selfie na pamiątkę – odezwała się Carmen. Pozostali nie mieli nic przeciwko. Po kilku sekundach leżeli razem ze strażnikiem nadziei na łóżku i robiąc zabawne miny zrobili sobie małą sesję zdjęciową.
        – Misja wykonana! – powiedziała zadowolona z siebie Mo, a przyjaciele jej przytaknęli.
        – I to w dwustu procentach. – Obok Manen stanęła Carmen. – No, a teraz zmywajmy się stąd, jest pierwsza w nocy.
        – Amor, zabierz nas do domu, tylko tym razem nie przenieś nas do wnętrza wulkanu. – Gwiezdna zakomenderowała, przez co Amor zasalutował jej jak rasowy żołnierz.
        – Ok, ale jeszcze muszę zrobić tylko jedno.
        – Co takiego? – Sam i Mo spojrzały po sobie nie wiedząc o co chodzi. Amor, wziął do ręki pudełko z pastą do połowy opróżnione i domalował coś na czole Zająca.
        – Co ty robisz? – spytała Gwiezdna podchodząc do niego.
        – Swój podpis – odrzekł jej dumnie, skończywszy swoje dzieło. Mo rzuciła okiem na bohomaz i omal nie walnęła się otwartą dłonią w czoło.
        – Serio? Serce przebite strzałą? – Normalnie prawie ręce jej opały. – Ale oryginalnie... – Sarkazm w jej głosie aż raził.
        – Ok, teraz już możemy spadać.
        I zniknęli.
        Tak to właśnie Zając otrzymał przepiękny prezent gwiazdkowy od nocnych włamywaczy, którzy nie omieszkali podzielić się swoimi rewelacjami zresztą przyjaciół.

Obecnie w Norze u Zająca Wielkanocnego...

        Zając nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego piękne, lśniące wąsy i reszta futerka była oblepiona, i obsmarowana jakąś czarną mazią! To sen, tak? Zwykły sen. Zaraz się obudzę... Gadał do siebie, ale jakoś nie chciał się ponownie obudzić w ciepłym, wygodnym łóżku.
Jack, kiedy już opanował atak śmiechu, razem Kosiem doczłapali do biadolącego strażnika nadziei. Chłopak chciał położyć rękę na ranieniu przyjaciela, lecz ten zerwał się na równe nogi, i z furią w oczach przygwoździł biednego Frosta do ziemi.
        – Jeśli to twoja sprawka Frost, to przysięgam, że się zemszczę. Tak okropnie, że nie masz pojęcia. – Jego groźny ton sprawił, że Jack poczuł nieprzyjemny dreszcz na ciele. Koszmar, widząc co się dzieje, zarżał głośno, przez co Zając odskoczył od chłopaka o białych włosach na kilka metrów. Senna mara zastąpiła drogę Zającowi do Frosta, co zdziwiło szczerze ich obu.
        – Dzięki, Koś, ale sam bym sobie poradzi.
        – Cześć! Co tam robicie? – Do dwójki strażników dołączyła, znikąd, Manen, uśmiechnięta od ucha do ucha. – Rany, ale mamy piękny dzień, nie sądzicie? Przybyłam wam życzyć wesołych świąt. Także, Wesołych Świąt z okazji Bożego Narodzenia! – wykrzyczała radośnie. Zając i Jack popatrzyli na nią, jakby jej nie znali. Czy to ta sama Mo, co zwykle? Wydaje mi się, że chyba ktoś ją podmienił... Jack nie mógł oderwać wzroku od blond dziewczyny przed sobą, która zmierzała w jego stronę. Wyglądała inaczej, zupełnie inaczej! Uśmiech, taki szczery, beztroski i te oczy, które nie były już tak smutne, ba! One w ogóle nie miały w sobie smutku! Dziewczyna podeszła do niego, chwyciła delikatnie za dłonie, w tym tą, w której Jack trzymał swój kij i spojrzała mu głęboko w oczy. Chłopak miał wrażenie, jakby zaczął tonąć w jej zielononiebieskich oczach, których blask porażał swoją mocą. Tak samo, jak tamtej Mo z Dziennika jej brata.
        Obdarowała go serdecznym uśmiechem, wręcz nie mogąc się powstrzymać. Jack patrzył na nią oniemiały, jakby widział ją po raz pierwszy, co nie do końca było nieprawdą. Postanowiła się zmienić, i to od dzisiejszego dnia.
        – Wesołych, pogodnych i szczęśliwych świąt, Jacku Mrozie. Aby spełniły się wszystkie twoje marzenia, żebyś już nigdy nie musiał być samotny. – Kiedy to powiedziała, zagryzła dolną wargę, jakby się nad czymś zastanawiała. – A co mi tam... – rzekła i przytuliła mocno do siebie skołowanego ducha zimy. Jej ciepło, takie przyjemne, rozlało się po całym ciele Jacka, serwując uczucia, z jakimi jeszcze nigdy nie miał styczności.
        Mo uparcie nie patrzyła na nic innego, tylko przed siebie lub na Frosta. Nie potrafiła spojrzeć na Zająca i nie eksplodować śmiechem i nie zdradzić się, że to ona jest współwinna obecnego stanu, w jakim znajdował się aktualnie Aster. Jak nic wydała by siebie i resztę, a tego nie chciała. Nagle przed oczami stanął jej Koszmar, lecz zignorowała go zupełnie. Po minucie, kiedy już wypuściła Jacka ze swoich objęć, zebrała się w sobie i popatrzyła w kierunku Zająca. Z trudem powstrzymała się przed wygadaniem o tym, że ta śliczna tapeta to między innymi jej dzieło.
        – Wesołych Świąt, kochany Asterze... – I jego też przytuliła, choć oderwała się od Kangura o wiele szybciej niż od Frosta. Już chciała odchodzić, kiedy obok Jacka usiadł Koszmar. Mo popatrzyła na niego, a uśmiech z jej twarzy powoli zniknął. Zastąpiła go śmiertelna powaga. – Co ten Koszmar tutaj robi? – spytała głosem należącym do tej Mo, którą znają strażnicy.
        – Eeee... – Jack nie wiedział co powiedzieć. Mo i jej nowe zachowanie tak bardzo wytraciło go z równowagi, iż zapomniał po co tu tak właściwie przyszedł.
        – Dobra, nieważne.. – Mo machnęła ręką na chłopaka. Po jej dobrym nastroju nie zostało już choćby śladu. Zaczęła podchodzić do stwora, ostrożnie, ponieważ zdążyła zauważyć, iż ten nie jest jakoś specjalnie ufny. – Spokojnie, nic ci nie zrobię. – Mo wyciągnęła ku Koszmarowi rękę. Ten, z wahaniem, podszedł do niej i delikatnie, piaskowym pyskiem otarł się o wierzch jej prawej dłoni.

        – Jesteś wymęczony, zgaduję, że Mrok nie doszedł jeszcze do siebie. – Spokojnym tonem zwróciła się do stworzenia, które przycupnęło na tylnych nogach i patrzyło na nią smutno. Koś przytaknął jej twierdząco, przez co Mo westchnęła. – Coś się wydarzyło, prawda? Skoro ty tak wyglądasz, to z nim pewnie też nie jest najlepiej. Co się stało? – spytała Kosia, lecz ten spojrzał na Jacka, jakby pytał go o pozwolenie, czy może ujawnić to, co pokazał jemu. Mo spojrzała na Frosta lecz ten spuścił głowę na dół, jakby unikając jej wzroku. Nagle Manen wstała. Wyciągnęła przed siebie obie ręce. Między smukłymi palcami dziewczyny zawirował srebrny pył, który z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej ciemniejszy. W końcu, stał się czarny jak smoła, co zadziwiło Jacka i Zająca jeszcze mocniej.


___________________________________________________________


Witajcie Kochani! Cóż, na początku chcę Wam powiedzieć, że przepraszam. Znowu się nie wyrobiłam na czas... ;( Ostatnio ciężko jest mi zdążyć ze wszystkim. Może to przez to, że zbliżają się święta..? Nie mam zielonego pojęcia.. Rozdział został zbetowany przez wspaniałą Sovbedlly :D Dziękuję kochana :*:*:*,
+
Jak jest napisane w tytule, jest to pierwsza część. Dlaczego? Ponieważ, aby opisać wszystko co chcę w tym rozdziale, jest bardzo długie. Za długie, dlatego rozdzieliłam to. Myślę, że dobrze zrobiłam :D Poza tym, ta część jest taka troszkę bardziej śmiechowa, zresztą, pozostawiam ocenę Wam ;)
Dobrze, nie zanudzam już Was, pewnie macie ciekawsze rzeczy do roboty, niż czytanie mojej bezsensownej paplaniny, tak więc, do zobaczenia za dwa tygodnie! (Plus minus.)
Wasza zakręcona Moonlight :*.

Obserwatorzy